Słowarium

Słowarium w pliku pdf do pobrania

Pod wiatrem

Kto wierszem wojuje

ten idzie powoli

wietrznie, nawet skaliście

Przy tobie jestem elektryczna

Idę i wierzę w igłę kompasu

Możemy tak Iść aż do końca skali

wojownicy poeci

z plecakami pokoju

(Ouessant, 2023)

 


Stopami, stopami

Nic nie przeczuwając,

przechodzą codziennie

pod czeremchą,

przechodzą pod gniazdem wron,

przechodzą pod niebem,

pod jemiołą,

pod palmą na oknie.

W studzience dudni.

W uskoku cegły

otwarły

oczy małe zwierzęta.

Coś oddycha w ścianie.

Przechodzimy codziennie przy sobie,

bark koło barku,

biodro przy biodrze.

W ziemi schował się grzmot.

Tramwaj, zanim nadjedzie

brzmi w szynie.

Koronkowo śnione

od krańca do krańca

ono jest, ono się kalejdoskopi -

nasze miasto chodzone.

(Warszawa 2018/2023)

 


Zaniedbaniem

jakieś procesje, sny, symbole

pod moim oknem wieczorem i rano, Po obu

stronach tej niespodzianej nowej szarości.

Sąsiedzi na balkonie wywiesili

białą flagę

Czy jeśli teraz przyjdzie Anioł, przyjdzie miłość,

przyjdzie Najświętsza Madonna,

będziemy umieli poznać ich po krokach.

chodnik jest ten sam co w ubiegłym roku

te same szpary jak listy miłosne

między nami z tych ulic a światem korzeni i mleczy

Nie dorośliśmy znów do czegoś tam co wytyczyliśmy sobie

kredą na drzwiach, (krwią na drzwiach)

belką na wzburzonym morzu,

mową, myślą, uczynkiem.

Zaniedbaniem.

Czy jeśli teraz przyjdzie Najświętsza Madonna

w ślubnym stroju

i rzuci w górę bukiet spienionych białych róż,

czy będzie komu.

(Warszawa, 2023)

 


Romanowi Śliwonikowi

Nie ma go na Facebooku

Ledwie hm Wikipedia

Już w 1991 widział to co teraz

nas zżera Patrzył w zawstydzeniu

Na blask, na duszę, wiedział

Gdzie przyklęknąć

żeby całkiem nie opaść

wolno, wolniej,

wolność

(Warszawa, 2023)


Linieć

Chodzę, chodzę

zostawiam kłaki

z ego na kantach

na zakrętach

Coś chyba wiosna idzie

(Warszawa, 2023)


 

1999

W roku końca świata

Staliśmy na środku jeziora,

i patrzyliśmy w górę,

gdzie ginęło słońce,

Stało się ciemno

jak w starych historiach.

A potem zaczęły się ciurkiem Dziać

te wszystkie rzeczy które się nie dzieją

Superksiężyc stulecia co kwartał; śnieg w kwietniu,

W dniu ślubu tsunami.

Tylko nieodmennie - meteory

ukazują się świętym i niebieskim ptakom.

(Warszawa, 2023)


Edyp

To nie jest opowieść o miłości.

Przede wszystkim nie o niej.

Raczej o nikczemnych genach,

o grawitacji drzew przodków,

o tym, że nie da się przechytrzyć losu,

nawet podstępnym brakiem świadomości.

Sny wiodą w miejsca tęskne i bezludne

ale nie zaprowadzą do domu.

(Toulon, 2023)

 


Czarne anioły

Siedzieliśmy w pokoju, za oknem spadały

czarne pióra. O popatrz,

mówię, popatrz popatrz

pierzą się czarne anioły

Jakiś świat zaczyna się znów

Tak samo

Szliśmy ulicą i za nami ktoś nagle

złapał oddech jak człowiek

co się budzi albo z przerażenia

O popatrz, mówię, znów coś się

zaczyna nie odpoczątku ale

Od końca

(Warszawa, 2023)


 

Eden

Kto powiedział że to miało być na zawsze

Sami to sobie wymyślili

Nie zauważyli że łąki,

kępy, sosny,

że grzyby, że jaszczurki

Nie zauważyli że to wszystko

było naprawdę

(Warszawa, 2023)

 


Badania organizacji przyszłości

Współczesny Judasz inwestuje swoje

ciężko zarobione srebrniki

pije

z kim trzeba

co trzeba (nie, nie tamto -

cicuta virosa, conium maculatum -

jeden pies - dla luzerów)

Inwestuje, w internecie czyta,

promocja 8% rocznie

już za 125 tysięcy lat będzie z tego talent.

(Juvisy, 2023)


 

Bóg

Jestem Astronautą

Wyłaniam się

z pępowiną świata

nad morzem mgławicy

Jestem Kosmonautą

Krążę po obicie

patrzyłam patrzyłam I

Widziałam Boga

Grał w kości

- nie ze mną -

grał na skrzypcach

jak we śnie Chagalla

(Juvisy, 2023)


Self made wo/man - krótki kurs neoliberalizmu

Idealny neolibek

bierze sam:a ze sobą ślub

potem sam"a się ze sobą rozwodzi

potem sam*a się uploaduje do chmury

i sam'a się ubóstwia

potem sam/a się zjada i sam;a się wydala

Voila.

sam<a siebie sprzedaje NA RYNKU i sam|a kupuje.

(Juvisy, 2023)


O korzeniach

Korzenie drzew - sążniste

Korzenie traw - sumiaste

Grzybnie: smagłe, smukłe

Korzenie snów - to one

rozkręcają sprężyny łóżek

Korzenie światła, podobne

do bardzo cienkich

strumyków zawsze płynących

tylko w jedną stronę

Korzenie cieni.

O nich lepiej milczeć.

I korzenie słów, które

rosną wyłącznie

w przerwach

w dostawie czasu

(Warszawa, 2023)


 

Ceci n'est pas une...

To nie tupot kopyt słychać,

To powracają oni,

Hiperion, Mnemosyne

porami Ziemi, kanałami,

wydobywają się Fojbe, Okeanus

Olimpijczycy opowiadają zwycięskie historie

lecz stali się tak światli że zgubili imiona

zostaje tylko język Ofiona

Nie znika nic co się zaczęło

Otaczamy się bezustannie

rzeczami z ceną, lecz bez narodzin

Spomiędzy nich Tytani

patrzą na nas

(Paris, 2024)

 


Nie pij wina z królem

Nigdy nie pij wina razem z królem

Bo gdy król zobaczy jak przełykasz

Pewnego dnia wyśle kata

Z piekącym ostrzem pod twoją krtań.

Nigdy nie smuć się razem z królem

Bo gdy król zobaczy że łza cienkie w dół

Pewnego dnia wyśle pod twoją twarz kata

Z ołowianą kulą która cieknie szybciej.

Nigdy nie pozwól królowi mówić do ciebie

Cicho, o przyjaźni i stracie

Bo gdy król usłyszy echo swoich słów może zrozumieć

Że nie wszystko wypełnione jest czymś.

Pewnego dnia przyśle do ciebie

Kata z pustymi rękami.

(Bayeux, 2024)

 


Jaskółka

Jestem dezerterem z każdej armii

kulą w każdym płocie

kwiatkiem przy każdym kożuchu

dziurą w całym,

butem w butonierce

pierwszą jaskółką, która nigdy

przenigdy nie czyni wiosny.

Nie wyśpię się tak jak pościelę

nie zbieram burzy

Szukam, znajduję, gubię z mądrym, tak stoję, mówię

merde

(Warszawa, 2024)


 

Wydziedziczeni

Kiedy ostatni będą pierwszymi,

będziemy mieli mnóstwo nowych książek,

mnóstwo wierszy,

mnóstwo niespodziewanych projektów

mnóstwo dobrych pomysłów które zawsze tu były,

mnóstwo dobrych życzeń, mnóstwo podarunków

które będą, które były zawsze łagodnie dawane,

na zawsze, na dobre, na złe, nawet na to co teraz robi się z nimi

Cisi, może nawet mówią lecz nikt ich nie slyszy,

ci którzy zawsze są na bakier z władzą,

ci którzy mówią merde, ci pozbawieni

są tu - zawsze byli

tak naprawdę wcale nie wydziedziczeni,

wręcz przeciwnie

(Warszawa, 2024)


 

Pani z nożycami

Powiedzcie Atropos, że już tu nie mieszkam,

odeszłam, zniknęłam, nie ma mnie,

że znów zaparłam się samej siebie.

Nie zostawiam śladów.

Ze wszystkich wylinek plotę torbę podróżną.

Powiedzcie jej, że sława to zły demon,

ale jest tarczą przeciwko Bazyliszkom zawiści.

Nie mówcie jej, że

zostawiłam lustra otwarte na oścież,

niech patrzą w siebie

aż do końca.

Bez adresu i bez korony

spadam, spływam

z deszczem.

(Warszawa, 2024)

 


Czas

Pod niebem wszystko

ma własny czas:

Epoka odkryć,

Wojna stuletnia,

Wieczne potępienie,

Czas Apokalipsy,

Pieciominutowy

menedżer, minuta ciszy.

Komety latają między

czasami jak pszczoły,

zapylają.

(Warszawa, 2024) 


Samosiejka

W mieście z bajki o

zaczarowanym w kamień królestwie

mieszkańcom porodziły się

dzieci. Nikt nie przyjmował porodów -

niemowlaki wysuwały się

spomiędzy kamiennych ud

i wypływały wprost w klomby

dziko porosłych parków i skwerów

Dzieci dotykają płatków

róż, chabrów, piwonii,

rosną dziko. Nad nimi ptaki

w dziobach niosą

z lasu nowiny.

(Warszawa, 2024) 

 


 

Żytnia

Cug

warszawskiej ulicy,

świergocą tramwaje,

wlecze

się rzeka

asfaltowa,

dzień dudni

powszedni.

I nagle staję pośród szumu zboża.
Duch pola prześwieca na wskroś poprzez bloki,
przez sklepy, parkingi.

Lekki podmuch przynosi
zapach kłosów bez cienia.

Ona,
w wianku z chabrów, w welonie
idzie wprost ku mnie, jakbym to ja
była zjawą.

Zrywa się
burza
spoza obu kadrów.

(Sheffield 2017/Warszawa 2024)


 

Moja oberża

Kto szedł tą drogą?

Może Rimbaud i jego

rozwiane sznurowadła?

Kto siedział pod tym drzewem?

Może Giono, kto wie co

tam zobaczył w górze, wśród konarów?

Kto drzemał na tej ławce?

Może to Dalida, cała w skowronkach, choć,

tak jak zwykle, smutna?

Gwiazdy szeleszczą, szalik dał w długą,

może unoszą go jakieś wiatry,

może podąża za

zielonym promieniem?

(Juvisy, 2024)


Weltschmerz

Poszłam do ontologa

mówię: panie doktorze

mam zawroty głowy

Nie mam nawet stu lat, a przeżyłam

siedem generacji

z czego pięć w ostatnich kilkunastu latach

Nie jestem jaskinią, a

przeleciały przed moim progiem

dwie ery geologiczne

Tę samą trasę przeszłam dwa razy:

raz z rozbłyskiem, drugi

raz starannie

Nic tam nie było

Ni celu

ni drogi

(La Rochelle, 2024)


 

Interregnum 2

Lato wymknęło się po angielsku.

Tak się nie robi we Francji.

Drzwi niedomknięte, jesień

jeszcze nie przyszła.

Jaskółki wciąż w niebiosach,

w ogrodzie trzmiele,

po jednej stronie drogi - szare rżysko

po drugiej, żółte słoneczniki.

Gwiazdy już pospadały.

W strugach deszczu

Van Gogh maluje z pamięci.

On jeden wie, jak się nazywa

to pora.

(Tarascon-sur-Ariege, 2024)

 


Kąty Rybackie

Każda jadalna jest innego koloru:

niebieska, różowa, zielona, żółta

Wczasowicze FWP gromadzą się rano na śniadanie

w swoich salach

Dziecko upiera się, by co dzień

jeść w innej - kaszka manna w każdej inaczej smakuje

Dziadek uważa, że to świetny pomysł

Przecież każdy odcinek drogi przez las

jest całkiem inny -

zieleń w lesie z dębami,

i z samymi sosnami

jest inna.

Dzięki temu łatwo jest trafić

nad morze.

(Juvisy, 2024)

 


Szwab

Miał 16 lat, stacjonował na strychu

w ich domu. Musieli uważać

na to co mówią.

Ich miasteczko

nie było spalone,

bo stacjonowali.

Codziennie pisał do mamy,

Mojej babci pokazywał listy, mówił

"Mutti” i uśmiechał się, smutno.

Babcia przyciskała dłonie

do fartucha, musiała je trzymać

mocno, w ryzach.

(Angouleme, 2024)

 


Niezbędnik żeglarza

Gdy wypływasz z portu w Ajaja

podróżuj lekko, jakby cię nigdy

nie było.

Jeśli wspomnienia, to wyłącznie takie

których nie żal zostawić jest w próżni.

Jeżeli smutek, to tylko taki

który łatwo jest przełknąć, bez

goryczy, który nie płonie w gardle.

Szczególnie nie przyznawaj się do

żadnej nadziei. Tam na lądzie oni

muszą zwyciężać, muszą być cnót

wcieleniem. Lepiej uważaj -

gdzie mocny korzeń, tam

gałąź też mocniejsza. I tak -

nic z tego co koniecznie

do ciebie nie należy.

Nic, z wyjątkiem

kompasu.

(Warszawa, 2024)


Wieczność

Nie ma gorszego nieszczęścia niż wieczność

Trwa tak samo krótko

a nie ma w niej za grosz kruchości

Tej, która pozwala

widzieć liść spadający na chodnik,

zielony promień przed zgaśnięciem słońca,

muchomora przy drodze,

biedronkę na kwiecistej bluzce

miejsce i czas w oku drugiego człowieka

To, co jest nieskończenie mało prawdopodobne,

a zarazem jedyne, co można

zabrać dalej ze sobą

(Warszawa, 2024)


 

Argo

Nie jestem stąd i nie zostanę z wami

Nie będę prochem, próchnem, wrakiem

omszałym. Choć moje wiosła,

mój dziób, moje boki kiedyś rosły

w waszych świętych gajach, na stokach

bogów. Może dlatego mówią,

że jestem potworem. Płynę,

podobno niosą mnie Nereidy,

podobno tryskają wokół mnie delfiny,

trytony pląsają, rybie ogony plotą się

wokół fal, wykonują przepinki

w wielkich muszlach, w których

drży morze. Port Pagasa z którego wyruszam

nie będzie moim docelowym portem.

Nie oczekują mnie tam z szantami.

Nie jestem stąd, nie umiem ani tego ukryć,

ani ujawnić. Nie umiem dzielić się opowieścią

mimo że w tak wiele w nich

wbijam, wzbijam, kołyszę. Może

głębia jest najistotniej potworna,

między przechodniami, jedyna

stała matematyczna.

(Juvisy, 2024)


Kino Moskwa

Przy tych lwach przechodziłam

                  z szacunkiem

Z imieniem w spadku

po jednym z jej Bergmanów.

Na czarno-białym zdjęciu

w jasnym prochowcu

dziewczyna z Czarodziejów

W tym samym miejscu

wiele seansów temu

w świecie, który

zszedł z afisza

(Nancy, 2024)


 

Człowiek z koszykiem

Mignął mi kiedyś koło kas,

nie wiem, co miał w koszyku

Może pomidory, może mleko,

- gazety? pewno nie,

chyba, jak wszyscy,

miał prenumeratę.

Kilka lat później poszedł z żoną do kina,

grali Braci Mozart.

Tylko we dwoje, wracali do metra -

stacja Radmansgatan.

Nie spieszyli się, oglądali witryny,

mieli blisko do domu.

5 minut, 3 przystanki.

(Angouleme, 2024)


Kino Eos w Łowiczu

Jak co dzień stała za ladą

gdy pojawił się ON

najpiękniejszy mężczyzna jakiego w życiu widziała

czyli nie bardzo długo -

ale jednak,

ci wszyscy aktorzy:

John Gilbert, Bodo, Valentino,

którego wciąż nie mogła odżałować.

"Panienka sama te bułeczki wypieka?”,

spytał. Odpowiedziała: "Nie,

ale dla kawalera mogę upiec.”

Dwa lata później wzięli ślub.

Zrobili sobie dwa ślubne zdjęcia:

wiejskie, w wełniakach, z całym orszakiem,

i miejskie, tylko we dwoje jak z fotosów.

(Breuillet, 2024)


Człowiek

Oto człowiek - powiedział

bo właśnie zobaczył.

Ta jedyna chwila,

gdy nikt nic nie musiał;

tylko oni dwaj i zupełnie

pusty pokój. Historia

została za oknem.

Świat bez przeciwieństw.

Dlatego ta myśl

uderzyła go, i tak powiedział.

A potem poszli, każdy

w swoją stronę.

(Thiais, 2024)


 

Przeszłość

Podobno od przybytku głowa

nie boli

To dobrze, bo ciągle

nam przybywa przeszłości

I cóż począć z nią wszystką?

Gdyby tak było można

ze słonecznych lat zrobić

przetwory na zimę

Gdyby się dało przedestylować

mroki w wino, i mieć zapas na drogę

Gdyby było możliwe by

wszystkie nieba młodości

zszyć razem w wielki niebieski balon

Wsiąść, polecieć tam gdzie zostały

tamte marzenia

(Thiais, 2024)


Późny listopad

W lesie Sénart spadają liście,

coraz bliżej do wiosny,

ptaki lecą raz na północ,

raz na południe

Najpiękniejsze poranki

można znaleźć między mapami

zaplątane w perz i dzikie poziomki,

ale potem zrywa się ciemność -

wszystko odpływa.

Człowiek składa się z wody

w czterdziestu pięciu procentach;

cała reszta jest Odyseją

(Tournan, 2024)

 

Ziemie Odzyskane

Mój dziadek Stach chciał kształcić dzieci

Mówił: Matka, zostawmy to w diabły,

Jedźmy na ziemie poniemieckie,

nasza najstarsza - Staszka

pisze wiersze

Babcia Julianna żegnała się, nic nie mówiła

Bo co tu gadać

Została

ojcowizna: chałupa rozszarpana frontem,

sad, gdzie powoli dojrzewały jabłka,

gorejące krzewy malin i porzeczek

w trawie poziomki

Nawet psy nocą tam nie biegały -

każde boże stworzenie wie, co to

pole minowe

(Warszawa, 2024)

 

Stacja Salomea

W Święta kolejka kończyła kurs po południu

lotnisko cichło

Cisza schodziła od pól,

Na horyzoncie zdarzeń - Salomea

Wtedy dom otwierał się na

szepty i szelesty

Małe zwierzątko sapało w ścianie,

myszy szurały na szafie,

na strychu, po deskach

coś toczyło orzechy

Podświetlone cienie

zza okna

wślizgiwały się

między firanki

Wtem - nagle drzwi -

pokój spływał światłem

          trzeźwo, od góry

i tylko pozornie milkła cisza

- bo gdy spojrzę tam teraz,

poprzez czas - tylko ona

pozostaje, niezmiennie

sprasza zza pól

szepty i szelesty

(Warszawa, 2024)

 

Fregaty na górze

Żaglowce na niebie

z masztem z wiatru

same sobie sterem i syreną

Linie papilarne tamtych dni

przechodzonych jak

przewlekły bronchit

Wszystko okazuje się blaskiem

Jak cudownie nie wierzyć już

w proste ścieżki

nawet, jeśli najpierw trzeba

zostać rozbitkiem

(Vannes, 2024)

 

Poeci i kamienie

dla Mariana Grześczaka

Nigdy nie dość kamieni

same się nie rodzą

nie sieją, nie przędą

Tak samo poeci

Dlatego

przydrożni poeci bratają

się z kamieniami

Czasami chwytają się

meteorów

jak skrzydeł wiatraka

i !

(odlatują)

(Le Palais, 2024)

 

Szron

Szron na polanie

w Sainte-Génevieve-des-Bois

pasą się konie

Unoszą czarne, błyszczące głowy

pyskiem do lasu

jakby nasłuchiwały

Może to święta przechadza się

między dębami

może słyszą muzykę

śniącego lasu

korzeni, grzybni

ukrytej leśnej harfy

( Saint-Chéron, 2025)

 

Pani Jadwiga

Tym autobusem na pewno

jeździła codziennie, do szkoły.

Niedawno
przez rok wsiadałam

przystanek po niej.

Razem mijałyśmy ulice - niektóre

z inną nazwą

i park, gdzie wycięto drzewa.

Kiedyś powiedziała, że widok

martwych drzew

jest dla niej straszny

- bo wojna

Niedawno

na boisku jej szkoły

też cięto i grodzono.

Dobrze że nie doczekała.

Więc kiedy tak jechałyśmy

razem poprzez warstwy czasu

nic nie myślałam do niej o drzewach

Tylko że wszystko, co do słowa

na jej lekcjach

było prawdą.

Myślałam: nasza

Warszawa kwitnie.

(Juvisy, 2025)

 

Anthropos

Wychodzę na balkon

Mruga do mnie gwiazdka z nieba

-370,45 stopni Celsjusza, 2,7 Kelvina

między nami, Mrugam

z powrotem

Świadomość zamarza w 15 sekund

(50 mrugnięć)

ciało mniej więcej w ciągu doby

Nic nie przewodzi ciepła

W przestrzeni kosmicznej

nie ma unoszących się ciał

Istoty ziemskie zawsze

wracają umrzeć na Ziemię

Co 10 sekund

mrugamy oczami

Gdybyśmy tylko mogli

od czasu do czasu rozświetlić ich ciemność

(Juvisy, 2025)

 

 

Teofil patrzy jak płonie biblioteka

On tylko dokończył dzieła

po tamtych: pierwszy, bo

ważna wojna, biblioteka

po prostu była

za blisko portu

Drugi, bo kryzys,

ot, szkoda uboczna

Teraz on, taki moment

w historii, do trzech razy sztuka,

nieważne.

Zaprosił tłum z pochodniami

Stoi i patrzy: ni Neron

ni Herostrates.

"Starał się okryć hańbą pogańskie misteria”

Ci, którzy nie wiedzą, co czynią

zostają na zawsze niewinni

sprzątający po Bogu ten

nieznośny nieporządek istnienia.

(Warszawa, 2025)

 

Small step

Atrament,

nie zawsze sympatyczny;

zawsze

magiczny.

Pióro,

jeden zryw człowieka

ku

skrzydlatości

?

(Warszawa, 2025)

Alpinistka i jej pies, Jura Częstochowska

Szczęście jestem snem

widzi się tylko jedną rzecz

za jednym razem

Pies, w którym wzbiera

rezonans z księżycem

smukła przyjaciółka

jak anioł w skale

niepoliczalność, bezbronna

Trwa zielona, bezwarunkowa

jestem wiosną

mam kwiaty we włosach

moja ręką wygasza

prostopadłość

(Warszawa, 20225)

 

Efekt kozy

 

Zapraszali

Częstowali

Zostawiali na stole

Pyszne książki

Banknoty w kieszeniach

Podtykali dywany

Wyszywane narzuty

Potem nagle: precz won

Z powrotem do bydląt

Co za powrót? obora już

nie ta sama

(Warszawa, 2025)

 

Prima!

Czy w nowiu pan Twardowski

popija

nowe wino?

Czy nowy sezon

zaczyna toastem

za nowych przyjaciół

i czy przepija

do koguta?

Czy mówi:

teraz, mój kumie kurze,

na drugą nogę?

(a kto wypije za pierwszą??)

I czy kogut mu na to:

prima, kumie, prima

(Warszawa, 2025)

 

Piękno

Warto żałować róż

bo ich zapach potrafi przypomnieć

popołudnie w ogrodzie

gdy nikt się donikąd nie spieszył

Warto żałować wina, kobiet, śpiewu,

bo tak rodzi się poezja

nie w bólach, lecz w majestacie

Warto żałować niegdysiejszych śniegów

bo chrzęścił pod stopami

dodając sprężystości

zwyczajnemu stąpaniu

Jeśli żałować, to tylko tego

co może wiosną zakwitnąć,

zaiskrzyć zimą

(Warszawa, 2025)

 

Poezja

Od niepamiętnych czasów

spierano się czy poezja

znajduje się

w butelce

czy raczej w lampie

Czy jest jak koncert życzeń

czy raczej glejt żelazny

Czy w duszy gra

i czy dusza to cymbał brzmiący

czy raczej sala kina Moskwa

gdzie chłopcy w lekkich płaszczach

i dziewczyny

w sukienkach z huraganu

chowają się przed

dniem ostatecznym

oczywistości

(Warszawa, 2025)

 

Katedra

Długo budowano katedrę

Były sny i wzgórze

różne kamienie, zmieniające się plany,

pokolenia, wypadki

przy pracy

Były reformacje,

wojny, rewolucje,

troskliwe dłonie

konserwatora

Byli książęta, turyści

kupcy w świątyni.

Kiedy katedra płonęła

ludzie ze wszystkich krajów płakali:

Czy odbudowa jest możliwa?

A przecież katedra jest

tym czym była zawsze:

miejscem, przez które czasami

przechodzi światło

(Warszawa, 2025)

 

Wiersze

Wiersze chodzą

górą i doliną

zuchwale

zygzakiem

Włóczą się, piją

wieczorami,

walają się

po różnych

drogach Schrödingera

Gdy spotkam wierszyk,

choćby nawet tyci

pójdę drugą milę,

oddam wszystkie mapy,

za jedno

hic sunt leones.

(Warszawa, 2025)

 

Do starych wajdelotów

Co z jaskółkami które nie

uczyniły wiosny?

Z wajdelotami bez sławy

choć nie bez powodu

Inkantacje

dzieciństwa

do  gorejących krzaków porzeczek

ni wróżby z lotu pierwszego motyla

nic nie pomogą

Parowóz dziejów już nie pojedzie,

wypadł z rozkładu

Poza tym ten pociąg dzisiaj

jeździ na skróty

i raczej nie jest mu po drodze

w przyszłość

wajdelotów

Dla nich

zostają miejskie podwórka

pełne łaski bzów

i, jak zawsze, komety

- jaskółki kosmosu

(Gniezno, 2025)

 

Muzyka

Chłopaki grały na gitarze

dziewczyny nosiły nutki

wiatr wiał

za każdym razem z innej strony

Każdy kolejny utwór z magnetofonu

wieczorem

był pełen proroctw

na całe życie

Z papierosami w ręku

młodzież - pielgrzymi gwiezdni -

ruszała w świat

unosząc szum sznurowadeł

Człek myśli, że ma pod kontrolą

a tak naprawdę to go

nosi 

(Gniezno, 2025)

 

Lato miejskich ptaków

Bezwzględnie trzeźwy maj;

Tęsknię,

wypatruję

Jaskółek, bo do nich należy

niebo niebieskie,

Wróbli czujnych w zaroślach,

Bogatek pełnych uniesień,

Szpaków szampańskich,

Autostopowiczka lata, macham

Jerzykom, czekam

na czas,

kiedy drzewa

sypią przechodniom

nuty; kiedy lato zaprasza:

Cała Warszawa śpiewa z nami

(Warszawa, 2025)

 

Rozdroże

Na rozstajach dróg straszył diabeł.

Plątał języki za tych co na morzu,

dudnił w studniach,

gwizdał koło domu

Diabeł nie mówił dzień dobry,

nie wchodził w szczegóły

kradł po jednym bucie

Lubieżny był, diablo nieroztropny

Ale odmieńca

nigdy, przenigdy nie

odtrącił.

Inaczej,

niż dobrzy ludzie.

Teraz, gdy diabła

już nie ma

cóż nam zostało

(Warszawa, 2025)