I am not MagrittePublished 2020 by Wordcatcher
Spring. A premonitionGloria in excelsis and a flock of cranes over my head, as I cross the bridge. Dark sands flowing. A sigh, a soft wind from above, almost but not yet. The exit wound of the world is bleeding. One moment. On the first winter's day my feet stray on the side of dancing (Warszawa, 2017)
PassSky came apart, hangs flaking over dark mouldy river. It is almost clear, breath turning sharper, all adds up. Then the levee breaks thing come forward: mud and stars, figs, thistles, and bile. Fishes and stones jump upstream - in this barren harvest of winter. Let us stop and listen: something gives way. Something roars. Something is sung into being. (Warszawa, 2017)
Sista december
detta ar, steg det upp sma virvlar i luften i ett fagelrus. De tva kvinnorna med langt gratt har, sittandes pa muren vid sjön - Demeter och en äldre, visare Persefone, vände sig varmt mot varandra. Deras himmel och min flöt samman för en stund och jag sag: ingen älskar sa starkt som dessa tva, och ända kan inte ens de göra allt bra. Kära mor, allrakäraste dotter, förlat oss alla vara fel, men mest av allt var likgiltighet. Den som förädlar och som far oss att verka fulländade. Hjälp oss, sma flyktiga varelser att alltid bevara det allra finaste vi har - var ofullkomlighet. (Marsaxlokk, 2017)
Snake PassThe valley closes, snow folds like dough. Night clouds slip down the slopes, stretch and curl up, side by side. We arrive at the stone house, and then wheels balk, we slide all the way down backwards - to land softly in a nightful of murmuring mermaids. (Sheffield, 2018)
10:21 do LeedsThe man on the train in the thick mildewed coat staggers and kneels. Outside, down by the rail tracks the cabbage field glows, the cabbage heads blush. Great, Immaculate He gets up, brushes off his knee but everything has gotten back to drab beiges and browns. (Sheffield, 2018)
The fairytale girlLove does not conquer all. The hook always brings up something red and shivering. When it all fell away what remained was a handful of gold: rings and chains, grains of red burning sand. Please, let me cry up a sea where it can fall down, and sleep. (Petworth, 2018)
Brexit songI don't answer that question I say: I'm from Sheffield It’s as close to the truth as nothing these days I am a walrus I eat pierogi I've been to Baker street in a submarine My mother looked lovely in her light Biba dresses She liked pierogi She dreamed of gardens and green gables. from the land of ice and snow I watch raindrops fall as right as back then I won't answer that question You can't fool the children Will we ever walk green the mountains the hills (Sheffield, 2018)
Home cometUmbilical cord of dark matter Protons, electrons gush through the room, the one with the windows full of tramways and trees Dark neutrinos spill off the book shelves alphabetically ordered (but some books hang on, fondly, by the ear) nothing is left out in the library (except. except.) The presentable hi-fi, and the generous table, the big, wrinkled cloth rooms with open arms, in much more than a gesture I remember a time when the radiators hummed, and the smell of coffee conquered all, an unfinished bottle of red wine and two glasses, two flip-flops; really, what more does one need to believe in kinship. Unconditional love. The place with strings of morning sunshine, the promised home, even if not promised. Whatever. The dark lining has always been there. Dark gravity that filters through ribcage Starry hunger, old wound, old bond. (Sheffield, 2018)
Taki niebieskiMoje miasto jak nowe w tym niebie Do twarzy nam obojgu, do tańca Jak mogłabym Zapomnieć ten kolor bloków osiedla za Żelazną Bramą, w domyśle tramwaj za tramwajem, cała gama chodników i spóźniony neon Tak samo jak wtedy wierzę we wróble w włosach, w bliskość tafli światła, schodzę po schodkach w sam środek mnogolistnej kotliny, gdzie można schować się tak, że absolutnie nic się nie dzieje Jest tylko to, co jest: Kropla kosmosu (Warszawa, 2018)
SaltOf spring feet and eyes tickle around starstuck winter. It holds hoarse frost. One angel just turned into salt. The ticking is not a bomb, the whirr not wheels. We are not pipe dreams. I am not Magritte. (Warszawa, 2018)
Marzec 2018Ani liścia, ni źdźbła, chodnik - biały dywan, władczy. Widzę w twoim oku moje, z twoim, i tak aż do dna. Jednak słychać ptasi okrzyk ulgi, puls żywicy uderza do głowy. Słodki śmig ziemi już prześwituje. Wiosna wstrząśnie światem. (Warszawa, 2018)
Stopami, stopamiNic nie przeczuwając, przechodzą codziennie pod czeremchą, przechodzą pod gniazdem wron, przechodzą pod niebem, pod jemiołą, pod palmą na oknie. W studzience dudni. W uskoku cegły otwarły oczy małe zwierzęta. Coś oddycha w ścianie. Przechodzimy codziennie przy sobie, bark koło barku, biodro przy biodrze. W ziemi schował się grzmot. Tramwaj, zanim nadjedzie brzmi w szynie. Przechodzimy codziennie obok siebie: kropla w kroplę, lud Ziemi. (Warszawa, 2018)
TideYou could meet anyone. Who knows who walks silently here, and I have seen two of them laughing. Early you still see footprints follow. They cross the floor. A presence rubs benign against the building's ribcage, stranger than this shade can hold. The floors flicker. The stillness barely happens. It is the tide against the pulse, shadow longer than angle's fall. Never white, not once. (Warszawa, 2018)
Dowód na istnienie świataMy tacy skromni tutaj stopami na trawie, rękami na biodrach. Wiosna zerwała ludziom ważność z piersi. Nagle tacy gibcy w pasie na tej ścieżce, tak skłonni szumieć w liściach, giąć się, jakby miasto było śpiewką. Gdzieś między piętą a dużym palcem jest punkt oparcia; ruszyła bryła. Jakby nikt nigdy serio nie brał ni władzy, ni śmierci. (Warszawa, 2018)
DayHome is not always where we came from; and all roads do not lead forward. There have been promises but the land’s membranes no longer elastic, call no thunder. The world is sticky. The ribcage of that old whale is still full of sound, it goes round and round. If God has spoken there is no one to hear. What is frightening is Not the fear, not froth; it is the random regularity that keeps mocking the day. The whole history of conquest is a misapprehension. Let us be human one more time. (Geneva, 2018)
SparDe sa pa radio att min svenska inte längre fanns. Stockholmsdialekten var borta; nu säger man rahka, inte reka. Den bara tog slut. Vinden blaser som den själv vill och en grop i sanden är inte en saknad. Kanske är den ett spar efter luftens trampdyna. Sant händer ibland. (Geneva, 2018)
WędrowiecBurze chodzą po mieście, chmury, mokre ptaszyska trzepią skrzydłami. Drogi wypełnione są nocą, po cichu idzie wędrowiec, ten, co już przeszedł dwie mile. Serce śniącego Boga wybucha, wizja wypełnia się bielą; tryskają zwierzęta - biały królik, stado białych owiec, biała kózka ostatnia, powoli. Granice są miękkie, z puchu; tego nikt nie przewidział, na mapie zabrakło treści, tylko ostrość konturu. Głębina nie zna barw, aż nie pęknie, w chwili zawrotu fala jest mroczna. Szum nie rozgrzewa, nie studzi, nie znaczy. Dopóki przypływ nie grzmotnie, stawiajmy opór każdego dnia. (Warszawa, 2018)
AvesNiebo pełne jaskółek wbrew chmurom - wysoko. Za to księżyc drapieżny, krąży nisko nad ziemią. Widziałam krzak dzikich róż pod same niebo i coś, co wie tylko jedna osoba. Tyle dobrych omenów a czasy tak mroczne. Ziemia, serce dzwonu, drży w wychyleniu. (Warszawa, 2018)
Urban DemeterDemeter walks the city. She walks in mysterious ways. Yes, there is spring in her footstep. She makes it hard to believe in straight lines. She lets rail tracks ramble round poppies, frees dandelions to take to the sky. When she walks everything but the truth falls away - just like that (Warszawa, 2018)
Tam, gdzie chceNiech będę kością pustą w środku, salą po ciszy, niech będę szumem w liściach, wdechem w słowach. Niech będę miejscem i północą. Jeżeli można. Widziałam madonnę ptaków i madonnę ludzi, tym razem przyszła w postaci ojcowskiej, z dobrym dziobem, dobrą dużą dłonią. Jaskółki latają po dwie, po trzy, nikt nie musi być sam. Drzwi się otwarły, lato idzie - już śpiew, już płowość serca. (Warszawa, 2018)
LustraNie bój się piły, młota, ostrych krawędzi, niespokojnych uskoków. Bój się luster. Niosą wszędzie swój płaski osąd. Bez barw, nawet bez ciemności. Skała i kropla, młot i kowadło, bruk, gwiazdy. Wszędzie zostaje szpara bez dopełnienia. Czekając na coś, bez dopowiedzenia. Lustro nie ma Drugiego; gładkie, staranne, nie szarpnie, nikogo nie spotka. (Warszawa, 2018)
Kropla i skałaKropla drąży skałę, ale nie plastik - nigdy, nie przezroczystą gładką ścianę przez która światło wpada spodlone. Skowyt już był. Teraz przyczyna trze o skutek. Skry idą po kościach. (Perugia, 2018)
SybillaMaria, siostra mojej babci miała warkocz jak kometa. Rozmawiały we dwie o Sybilli i o tym, jak do kuchni wpadł kulisty piorun przez okno. Ich matka przykryła go fajerką. Od tej pory coś zamieszkało w kominie. Po śmierci Marii jej mąż upierał się, że żona we śnie kazała mu rozpruć ścianę. Podobno opukiwał, przykładał ucho. Młodzi kręcili głowami - na starość Szczepan zaczął wierzyć w sny. (Brescia, 2018)
Human citiesOur cities, our deathmasks of what we have been, of what we would have become. The futures that haunt us. Layers of pots, dice, braziers, streets that keep being named long after having been spoken for. Cities in cities, ashes to fires. costumes, of shards, and bones of the fires. (Thessaloniki, 2018/ Stockholm, 2024)
SplintersHow could we believe that what began with a fratricide was the golden future as promised by the billion prophets of hard work and thrift How could we think we weren't the keepers of hills of Sarajevo, of Athens and Kos, of the drowned man Jesus Whatever comes through did not come unannounced The Muses deserted us only the Kindly Ones are still with us (Vergina, 2018)
Jej góryGóry wzięły się z tęsknoty Ziemi za gwiazdami, a w każdym razie z łączącej je granicy. Moja matka Krystyna lubiła chodzić po górach. Szukała miejsca, gdzie nikt nic nie mówi. Szukała kogoś, z kim by mogła pomilczeć. Żeby przez chwilę być i tam, i tu. (Ioannina, 2018)
IkonAlla skriker at sina mobiler i en ton som annars bara används när man tilltalar en argsint idiot, tämligen lomhörd, inte särskilt mild. Den lilla ikonen, full av verkligheter som varken tros eller dyrkas, den som sa gärna speglar en själv. (Edessa, 2018)
Refund ticket supperBorn into greatness, stranded in a vast windswept room with flowing music and white tablecloth somewhere in Spain. In between the feasts of saint Mary's and Yom Kippur - mother and daughter, both soft on the retina, the flickering light of a faraway star. Chekhov's sublime boredom spilling out on an impressionist background: an eternal breakfast late in the night. One of the scenes with no fixed place in life's stories that stay, even though their surrounding vectors have long lost their edge. (Thessaloniki, 2018)
sodadining car two women weeping one silent man no food one soda she behind counter they in neon blue smooth floor no shadows someone, a hunch on the outside looking it (Warszawa, 2018)
CredoBoże Baudelaire'a, Boże Nietzschego, spoglądasz w nas od tysiącleci, nie zsyłasz już ognia i siarki, czterdziestu dni deszczu, nie ślesz nocą anioła który idzie przez miasto z szacunkiem dla krwawego pędzla. Królestwo, które nam obiecałeś przeliczyliśmy na futures. Studnię zalaliśmy betonem. Wierzę już tylko w zmartwychwstanie i że kwiaty trysną ze stali i szkła. (Stratford-upon-Avon, 2018)
AriadneRozszarpano narody ludów, kwiatów, poetów, zadźwięczały paznokcie o dno - naród krwi. Krew o krew woła, krew krwią wybija. Z labiryntu żył - Naczynia świata połączone. Za późno by wzywać anioły, one blade, bezkrwiste. Została już tylko rzeka, tak samo nie ta sama - ona jest nicią do ujścia. Żeglować jest koniecznością. (Stratford-upon-Avon, 2018)
Till JordenEn människa föll till Jorden nagonstans nära Odenplan. Hon tog emot henne i sin harda famn, gav en snabb kyss i pannan. Blodet kom flödande, ett regn av tarar. Min dotter, allt är nu förlatet, allt kommer att bli bra igen. (Stockholm, 2018)
ImagineImagine there's no internet, it's easy if you try. No online forms or forums, around us only air. Imagine all the people touching things with their hands. You may say I'm a dreamer but dream is still offline. One day it will eat us, swallow us bones and all. (Berlin, 2018)
ForgivenAnd if we ever were to be forgiven, please let it be before the winter arrives, while we have not yet settled for the obviously clear and when betrayal is still betrayal, even when it is all clean and crisp. If redemption comes, let it be in autumn, in the pouring rain, in the mud. (Berlin, 2018)
W lepszych czasachW lepszych czasach śmialibyśmy się częściej w niebo, jak kundle, nosilibyśmy spodnie w ciapki, ręce w kieszeniach, w gębie fajkę, na głowie czapkę w ciemki, w motylki, dla hecy. Ci spośród nas, którzy mają cięższą rękę, nie rzucaliby krzesłem w osobę im podwładną - raczej opowiadaliby o wakacjach spędzonych na sianie, w lepszych czasach. W lepszych czasach nasi bracia ze smutkiem pod żebrami nie wypełnialiby każdego snu własnym głodem, własną niepowstrzymaną żądzą chwały - milczeliby częściej pod gruszami, wybuchali potokiem trudnych słów nad stawem. Lew spałby czasem obok baranka, bo tak też może być, wilk przebierałby się w owczą skórę dla czczej próżności, dla fantazji. Młodość byłaby szumna, człek zachłysnąłby się marzeniem o długiej drodze, o wznoszącym się kurzu. Dziecko biegałoby z uniesionymi rękami, dorosły czasem też, orzech bywałby niekiedy świeży i cierpki. W lepszych czasach liczylibyśmy mniej, a kochali więcej. Zawiść byłaby zawiścią, a wdzięczność - niekiedy wdzięcznością; rano, wśród jaśminów biegacz nie mógłby się oprzeć wierszom. Lubilibyśmy szelest, gołębie, landrynki, pełnię księżyca, długie słowa, przecudną ludzką słabość, wielką kruchość chwili, co cesarskie oddalibyśmy cesarzowi, co ludzkie - człekowi. Każdy mógłby kiedyś zabłądzić, zagapić się w rzekę, zaczytać. W lepszych czasach. (Sheffield, 2018)
I am NovemberI am November I am the man without fate The one small step Into the darkness The driver of the dreamtrain that has been delayed I come from a hole in the present Along the cord from the body of Eve I am the smallest part, too small to add up The bone, perfectly empty inside I speak through marginal poets Into the heart underneath the lava, no bypass, no detour I am the word too slight to have earned a sound Too small to be shrugged off I am a passenger of dust I am November (Sheffield, 2018)
Persefona naprzeciwko mnie w knajpieNie jedz, dziewczyno z tego talerza. Są darmowe obiady, ale kiedy podają ci ziarna granatu, pomyśl dobrze zanim spróbujesz. Wypij kawę - jest krzepiąca, dobra, gdy wyruszasz w drogę. Zostawia kręgi na papierze - o takie. Wierzę w konieczność wędrówki, wierzę w korzenie - jedno drugiego nie wyklucza; drzewa to wiedzą i ja też wiem o czym mówię - uważaj na granat. To ziarno tylko czeka, by strzelić korzeniem z twoich trzewi w ten najcięższy z gruntów. Kto posiądzie władzę, ma na własność wszystkie królestwa, cały ich przepych, i nigdy nic oprócz. (Stockholm, 2018)
SwansongThe plastic bag swan takes flight, Sings His plastic swansong. The music’s over. Friendless and shirtless We stand, placebo drugged Seers, naked but for The bones of ice. Ithaca is just a name, Roseless, while the Wind sweeps clean The streets Of empty cities. (Stockholm, 2018)
Czy będzie komuWszystko już było. Jednooki na swoim koniu przemknął, ktoś zamknął drzwi. Drogą przez bagna szli lepsi od nas, wyrzekali się tego, co mieli najmilsze. Czasami nazwy pozostają: Lasek Brzozowy, Trzy Lipki, Ruczaj. Komu zabetonowano nozdrza nie krzyknie i nie westchnie, nawet jeśli by wiosna przyszła. Jeździec, którego posadzono na koniu - zamiast - spaść kiedyś musi. Ale czy będzie wtedy jeszcze komu podać rękę (Biskupiec, 2018)
AnnunciationHe never wore his coat of many colours until it grew all damp, a cloud on his shoulder. Too heavy. Too late. Forgiveness is not failure, and generosity not a weakness. The stones all accounted for. Too late. They devoured the dregs but saved up the bread for some other time, for some other rain. Not enough: barely there. Ice that melts on the tongue may have been carrying the tide but the water revealed him. He was human. He wept. See, there was no choice: they had to betray him. Then the rain came down. Too bloody. Too late (Olsztyn, 2018)
SandalsLeave haemorrhage of love, leave highways and rivers, and shortcuts, and cracks. Leave promises broken. Leave innocence and stars. Sorrows adopted, then taken away; leave petals and dust. Leave sandals. Walk on barefoot. Happy new year (Olsztyn, 2018)
Wiersz z warkoczemdla Karoliny MatyjaszkowiczZnałam komety Bywało, że miały długi, jasny warkocz Bywało, że leciały lekko nad polami, gdzie Karolina zbiera kolory Bywało, że śmiały się z nas, potrząsały grzywami-tęczami I bywało, że kochały kwiaty, takie same a inne, tak samo, inaczej jak my (Olsztyn/Warszawa, 2019)
In praise of endingsYou should have known better, Othello - The one you called your friend could not do other He desired your earnestness At his heel. So acutely. He was building a wall. But his hands were on fire. He knew who you were. You should have known better, Othello, Not where the current leads, One rarely knows that, But you should have welcomed it As a gift: betrayal Is an ending; even in tales of redemption Nothing comes after. No more need to absolve, To explain, to try to win over. You should have stayed your hand, Betrayal comes patiently. No need to look back. So why did you. All that begins with the void Never ends. (Warszawa, 2019)
LovesongSun, mooning, Moon, sunning, Comets, come in, Meteors, fastforward stars, Humans, starry eyed, Starful Earth, Mother of Many And never of only the few. (Sheffield, 2019)
LudzieMiasto nielotów, podlotków, latawic - w tramwaju pod wiatr, ale z nurtem nawigujemy, mylimy ślady; jeden mały krok dziennie dla ludzkości. Miasto niebieskich ptaków i lilii gotowych by zapuścić korzenie. Podajemy ręce, tacy piękni, gdy czasem się zdarzy, że o nic nie chodzi. (Sheffield, 2019)
RacjaKochankom Sukcesu Mieliście rację, że człowiek i wilk, dwaj smutni bracia, że trzeba dorosnąć do własnej dupy. I nieważne, co o tym mówił człowiek z Nazaretu, Że dzień przeczy nocy, a noc - zawsze ciemna. Mieliście rację, że trzeba fakty za fakty, gnój za gnój, tylko to się liczy, twarzą w dół, bo inaczej te gwiazdy za jasno świecą, przeszkadzają prosto rzygać. Mieliście rację, że każda złota myśl świeci po oczach, że każdy powiew wiosny niesie śmierć. Frajerom. Stopy sięgają ziemi, głowa w chmurach - to tak, jakby człowiek prosił się o piorun. Więc mieliście rację. Racja - wasza, nasza cała reszta. Czemu wyciągacie łapy, czyżby jednak jakaś wątpliwość? (Warszawa, 2019)
JeansyZałożyć przecudne niebieskie jeansy, jak samo niebo kwietniowe. Przejść ulicą do Skarbka i dalej, w Katowice. Spadają płatki białe- złote, ptaki chwytają je w dzioby. Może to już jest jutro, ale nie to pasujące do wczoraj; jakieś inne, dzikie. Orbita przyszłości, tamtej, spod Skarbka, w jeansach, najbłękitniej, z wiatrem wokół ucha, gdy mówiłam: nigdy nie śnią mi się zadane lekcje, śni mi się szum stratosfery. Jaka cudowna strata czasu (Katowice, 2019)
Lustrokiedy człowiek był dzieckiem myślał jak dziecko, patrzył jak dziecko, miał oczy większe niż podwórko, miał palce sięgające kwiatów mięty, sięgające do nieba; tak było i taka jest prawda - jeżeli lustro zaszło mgłą, po prostu wyrzućmy lustro (Warszawa, 2019)
EndnoteThe glass is all we are left with But much lighter now, much Cleaner. It is everywhere, Face to face, an endless Conversation, which, in the end, Does not even require Our presence. But then I began to dream blue, and it Became apparent how it keeps Flowing through, filling in The aquariums (Berlin, 2019)
IskraRęka Boga zadrżała - niebo tak jasne, muszla na skalistym brzegu, Jakub z Aniołem ramię w ramię idą piaszczystą drogą. I pomyślał, że przecież sam powiedział tamtego dnia, że niedobrze jest, by człowiek był sam. Na końcu świata iskierka zatrzepała skrzydłami (Kraków, 2019)
Nasz blokGdy z naszego bloku wyprowadzili się, jeden po drugim, aspirujący mieszczanie, unosząc ze sobą dziecięce wózki, rowery alpejskie, szaliki wiązane w pętlę, pojawili się oni - pasażerowie, czasem stłoczeni, na ogół osobni. Potem do mieszkania wyżej wprowadziło się dziecko diabła. Diabeł nie bywa uchwytny, dziecko całymi dniami biega wte, z powrotem, wte, z powrotem. Czasami zatrzymuje się i krzyczy, krzyczy całą czernią tego świata. Rury, tkliwe struny, drżą w uniesieniu. (Warszawa, 2019)
UlewaZwykle to się nie zdarza, ale gdy leje, ludzie na ulicy uśmiechają się do mnie. Zmokła bajglarka, zakonnica w habicie oblepionym na nogach, człowiek z postawą nurka, pani za zrezygnowanym straganem. Może w niebieskim pasuję bardziej do świata, a może te strugi zmywają z nas maski - warstwę po warstwie - i zostaje to, co na samym spodzie, koty z Cheshire. (Kraków, 2019)
Wiosna wróciEwie F.
Wszystko będzie dobrze. Wróci wiosna, spotkamy się na mieście. Między domami znajdzie się dokładnie taki skrawek ogrodu, jakiego nam trzeba. Człowiek człowiekowi będzie kromką chleba. Niebo zakasze rękawy i wysypią się jaskółki - parami, trójkami, całymi zdaniami, jak litania, jak dziecięca rymowanka. Szeptem i liściem przemówię do ciebie. Przecież wiesz, że tak. (Warszawa, 2019)
SurfacingI used to wake up in terror, the faceless creatures still streaming through the darkness upwards, in dustlike currents. Grateful for having made it to the shore, I clutched it with hands and feet, shaking from the effort. You have no skin, my mother kept telling me, it's time you should grow some. But I knew I did not need to; I still knew, back then, where I'd left it. (Caythorpe, 2019)
PrzeciągZbój przeciąg wpadł do domu Targa futryny, tarmosi Drzwi w zawiasach, chętnie Podstawiłby nogę komu, Ale jak, gdy beznogi? Więc posmaga zasłoną łydkę, Poturla się po dywanach. Ach, te drzwi, te okna - pełne żagle. Tylko steru brak, A przecież: Navigare necesse est. Więc szuka, szuka po domu. By schwytać, polecieć Nad morze. (Warszawa, 2019)
The olive branchThe Lizard King is back. I saw him walking in San Gimignano. He showed no signs of mourning. So why are they playing "Here Comes the Sun"? Nothing comes back, not even gods, they don't speak our language. At least not now, not here. The void is closer than we know, more irrefutable than death. But he was walking. A dog brought an olive branch, it struck me at the heel. There is no return, rather - ebb and flow; a steady crumbling of straight lines (San Gimignano, 2019)
WordsJust like light, words never go out but once spoken they go on, and on until the world's end. Between the streets, the trees, the stars, into the darkness of Cosmos. A Greek chorus everlasting (Edale, 2019)
|