I am not Magritte

Published 2020 by Wordcatcher

 


Spring. A premonition

Gloria in excelsis

and a flock of cranes

over my head, as I

cross the bridge.

Dark sands flowing.

A sigh, a soft wind

from above, almost

but not yet.

The exit wound

of the world

is bleeding.

One moment.

On the first winter's

day my feet

stray on the side

of dancing

(Warszawa, 2017)

 

 

 

Pass

Sky came apart, hangs flaking

over dark mouldy river.

It is almost clear,

breath turning sharper,

all adds up.

Then the levee breaks

thing come forward: mud and stars,

figs, thistles, and bile.

Fishes and stones

jump upstream -

in this barren harvest

of winter. Let us stop

and listen:

something gives way.

Something roars.

Something

is sung

into being.

(Warszawa, 2017)

 

 

 

Sista december


När varen kom för sjätte gangen

detta ar, steg det upp

sma virvlar i luften

i ett fagelrus.

De tva kvinnorna

med langt gratt har,

sittandes pa muren vid sjön -

Demeter och en äldre,

visare Persefone,

vände sig varmt mot varandra.

Deras himmel och min

flöt samman för en stund

och jag sag:

ingen älskar sa starkt

som dessa tva, och ända kan

inte ens de göra allt bra.

Kära mor, allrakäraste dotter,

förlat oss alla vara fel,

men mest av allt

var likgiltighet.

Den som förädlar

och som far oss

att verka fulländade.

Hjälp oss, sma

flyktiga varelser att alltid

bevara det allra finaste vi har - var

ofullkomlighet.

(Marsaxlokk, 2017)

 

 

Snake Pass

The valley closes,

snow folds like dough.

Night clouds slip down the slopes,

stretch

and curl up,

side by side.

We arrive at the stone house,

and then

wheels balk,

we slide

all the way down backwards -

to land softly

in a nightful of murmuring mermaids.

(Sheffield, 2018)

 

10:21 do Leeds

The man on the train

in the thick mildewed coat

staggers and kneels.

Outside,

down by the rail tracks

the cabbage field glows,

the cabbage heads blush.

                      Great,

                      Immaculate

He gets up,

brushes off

his knee

but everything has gotten back

to drab beiges and browns.

(Sheffield, 2018)

 

The fairytale girl

Love does not

conquer all.

The hook always

brings up something

red and shivering.

When it all fell away

what remained

was a handful of gold:

rings and chains,

grains of red

burning sand.

Please, let me cry up

a sea where

it can

fall down,

and sleep.

(Petworth, 2018)

 

 

Brexit song

I don't answer that question

I say: I'm from Sheffield

Its as close to the truth

as nothing these days

I am a walrus

I eat pierogi

I've been to Baker street

in a submarine

My mother looked lovely

in her light Biba dresses

She liked pierogi

She dreamed of gardens

and green gables.

I come

from the land

of ice and snow

I watch raindrops fall

as right as

back then

I won't answer that question

You can't fool the children

Will we ever walk

green

the mountains

the hills

Do widzenia, do jutra!

(Sheffield, 2018)

 

 

Home comet

Umbilical cord of dark matter

Protons, electrons gush

through the room, the one with the windows

full of tramways and trees

Dark neutrinos spill off

the book shelves

alphabetically ordered

(but some books hang on, fondly, by the ear)

nothing is left out in the library

(except. except.)

The presentable hi-fi,

and the generous table,

the big, wrinkled cloth

rooms with open arms,

in much more than a gesture

I remember

a time when the radiators

hummed, and the smell of coffee

conquered all,

an unfinished

bottle of red wine and

two glasses, two flip-flops; really,

what more

does one need to believe

in kinship. Unconditional

love.

The place with strings

of morning sunshine,

the promised home, even if

not promised. Whatever.

The dark lining has always been there.

Dark gravity that

filters through ribcage

Starry hunger,

old wound, old bond.

(Sheffield, 2018)

 

 

 

Taki niebieski

Moje miasto jak nowe w tym niebie

Do twarzy nam obojgu,

do tańca

Jak mogłabym

Zapomnieć

ten kolor bloków osiedla

za Żelazną Bramą,

w domyśle tramwaj za tramwajem,

cała gama chodników i spóźniony

neon

Tak samo jak wtedy wierzę

we wróble w włosach, w bliskość tafli

światła, schodzę po schodkach

w sam środek mnogolistnej kotliny,

gdzie można schować się tak,

że absolutnie

nic się nie dzieje

Jest tylko to, co jest:

Kropla kosmosu

(Warszawa, 2018)

 

Salt

Of spring feet

and eyes tickle

around

starstuck winter.

It holds

hoarse frost.

One angel just

turned into salt.

The ticking

is not a bomb,

the whirr not

wheels.

We are not pipe dreams.

I am not Magritte.

(Warszawa, 2018)

 

 

 

Marzec 2018

Ani liścia, ni źdźbła,

chodnik - biały dywan,

władczy.

Widzę w twoim oku

moje, z twoim, i tak

aż do dna.

Jednak

słychać ptasi okrzyk ulgi,

puls żywicy uderza

do głowy.

Słodki śmig ziemi

już prześwituje.

Wiosna wstrząśnie światem.

(Warszawa, 2018)

 

 

Stopami, stopami

Nic nie przeczuwając,

przechodzą codziennie

pod czeremchą,

przechodzą pod gniazdem wron,

przechodzą pod niebem,

pod jemiołą,

pod palmą na oknie.

W studzience dudni.

W uskoku cegły

otwarły

oczy małe zwierzęta.

Coś oddycha w ścianie.

Przechodzimy codziennie przy sobie,

bark koło barku,

biodro przy biodrze.

W ziemi schował się grzmot.

Tramwaj, zanim nadjedzie

brzmi w szynie.

Przechodzimy codziennie obok siebie:

kropla w kroplę,

lud Ziemi.

(Warszawa, 2018)

 

Tide

You could meet anyone.

Who knows who walks

silently here,

and I have seen two of them

laughing.

Early you still

see footprints

follow. They cross

the floor.

A presence rubs benign against

the building's ribcage,

stranger

than this shade can hold.

The floors flicker.

The stillness barely happens.

It is the tide

against the pulse, shadow

longer than angle's fall.

Never white,

not once.

(Warszawa, 2018)

 

 

Dowód na istnienie świata

My tacy skromni tutaj

stopami na trawie,

rękami na biodrach.

Wiosna zerwała ludziom

ważność z piersi. Nagle

tacy gibcy w pasie na tej ścieżce,

tak skłonni szumieć w liściach,

giąć się, jakby miasto

było śpiewką.

Gdzieś między piętą a dużym palcem

jest punkt oparcia;

ruszyła bryła.

Jakby nikt nigdy serio nie brał

ni władzy, ni śmierci.

(Warszawa, 2018)

 

 

Day

Home is not always where

we came from; and all roads

do not lead forward.

There have been promises

but the land’s membranes

no longer elastic,

call no thunder.

The world is sticky.

The ribcage of that old whale

is still full of sound, it goes round

and round.

If God has spoken

there is no one

to hear.

What is frightening is

Not the fear, not froth;

it is the random regularity

that keeps

mocking the day.

The whole history of conquest is a misapprehension.

Let us be human one more time.

(Geneva, 2018)

 

 

Spar

De sa pa radio

att min svenska

inte längre fanns.

Stockholmsdialekten var borta;

nu säger man rahka,

inte reka.

Den bara tog slut.

Vinden blaser som den själv vill

och en grop i sanden

är inte en saknad.

Kanske är den ett spar

efter luftens trampdyna.

Sant händer

ibland.

(Geneva, 2018)

 

 

Wędrowiec

Burze chodzą po mieście,

chmury, mokre ptaszyska

trzepią skrzydłami.

Drogi wypełnione są nocą,

po cichu idzie wędrowiec,

ten, co już przeszedł dwie mile.

Serce śniącego Boga wybucha, wizja

wypełnia się bielą;

tryskają zwierzęta - biały królik,

stado białych owiec, biała kózka

ostatnia, powoli. Granice są miękkie,

z puchu; tego nikt nie przewidział,

na mapie zabrakło treści,

tylko ostrość konturu.

Głębina nie zna barw, aż nie pęknie,

w chwili zawrotu fala jest mroczna.

Szum nie rozgrzewa,

nie studzi, nie znaczy.

Dopóki przypływ nie grzmotnie,

stawiajmy opór każdego dnia.

(Warszawa, 2018)

 

 

Aves

Niebo pełne jaskółek

wbrew chmurom - wysoko.

Za to księżyc

drapieżny,

krąży nisko nad ziemią.

Widziałam krzak dzikich róż

pod same niebo

i coś, co wie tylko jedna osoba.

Tyle dobrych omenów

a czasy tak mroczne.

Ziemia, serce dzwonu,

drży w wychyleniu.

(Warszawa, 2018)

 

 

Urban Demeter

Demeter walks the city.

She walks in mysterious ways.

Yes, there is spring in her footstep.

She makes it hard

to believe in straight lines.

She lets rail tracks

ramble round poppies,

frees dandelions

to take to the sky.

When she walks

everything but the truth

falls away -

just like that

(Warszawa, 2018)

 

 

 

Tam, gdzie chce

Niech będę kością pustą w środku,

salą po ciszy,

niech będę szumem w liściach,

wdechem w słowach.

Niech będę miejscem

i północą.

Jeżeli można.

Widziałam madonnę ptaków

i madonnę ludzi,

tym razem przyszła

w postaci ojcowskiej,

z dobrym dziobem,

dobrą dużą dłonią.

Jaskółki latają po dwie, po trzy,

nikt

nie musi być sam.

Drzwi się otwarły,

lato idzie - już śpiew,

już

płowość serca.

(Warszawa, 2018)

 

 

Lustra

Nie bój się piły, młota, ostrych

krawędzi, niespokojnych uskoków.

Bój się luster. Niosą wszędzie

swój płaski osąd. Bez barw, nawet bez ciemności.

Skała i kropla,

młot i kowadło,

bruk, gwiazdy. Wszędzie zostaje

szpara

bez dopełnienia.

Czekając na coś, bez dopowiedzenia.

Lustro nie ma Drugiego;

gładkie, staranne,

nie szarpnie,

nikogo

nie spotka.

(Warszawa, 2018)

 

Kropla i skała

Kropla drąży skałę,

ale nie plastik - nigdy,

nie przezroczystą

gładką ścianę

przez która światło

wpada spodlone.

Skowyt

już był. Teraz

przyczyna trze o skutek.

Skry idą po kościach.

(Perugia, 2018)

 

 

Sybilla

Maria, siostra mojej babci

miała warkocz jak kometa.

Rozmawiały we dwie o Sybilli

i o tym, jak do kuchni wpadł

kulisty piorun przez okno.

Ich matka

przykryła go fajerką.

Od tej pory coś zamieszkało

w kominie. Po śmierci Marii

jej mąż upierał się, że żona

we śnie kazała

mu rozpruć ścianę.

Podobno opukiwał, przykładał ucho.

Młodzi kręcili głowami -

na starość Szczepan

zaczął wierzyć w sny.

(Brescia, 2018)

 

Human cities

Our cities, our deathmasks

of what we have been,

of what we would have

become. The futures that

haunt us.

Layers

of pots, dice, braziers,

streets that keep being named

long after having been spoken for.

Cities in cities,

ashes

to fires.

costumes, of shards,

and bones

of the fires.

(Thessaloniki, 2018/ Stockholm, 2024)

 

 

 

Splinters

How could we believe

that what began

with a fratricide

was the golden future

as promised by the billion prophets

of hard work and thrift

How could we think we weren't the keepers

of hills of Sarajevo,

of Athens and Kos,

of the drowned man Jesus

Whatever comes through did not come unannounced

The Muses deserted us

only the Kindly Ones are still

with us

(Vergina, 2018)

 

 

 

 

Jej góry

Góry wzięły się z tęsknoty

Ziemi za gwiazdami,

a w każdym razie

z łączącej je granicy.

Moja matka Krystyna

lubiła chodzić po górach.

Szukała miejsca,

gdzie nikt nic nie mówi.

Szukała kogoś,

z kim by mogła pomilczeć.

Żeby przez chwilę być

i tam, i tu.

(Ioannina, 2018)

 

 

Ikon

Alla skriker at sina mobiler

i en ton som annars

bara används när man

tilltalar en argsint idiot,

tämligen lomhörd,

inte särskilt

mild.

Den lilla ikonen,

full av verkligheter

som varken tros eller dyrkas,

den som sa gärna speglar

en själv.

(Edessa, 2018)

 

 

Refund ticket supper

Born into greatness,

stranded in a vast windswept room

with flowing music and white tablecloth

somewhere in Spain.

In between the feasts

of saint Mary's and Yom Kippur -

mother and daughter,

both soft on the retina,

the flickering light

of a faraway star.

Chekhov's sublime boredom

spilling out on an impressionist background:

an eternal breakfast

late in the night.

One of the scenes

with no fixed place

in life's stories

that stay, even though

their surrounding vectors have long lost their edge.

(Thessaloniki, 2018)

 

 

soda

dining car two women weeping

one silent man no food one soda

she behind counter

they in neon blue

smooth floor

no shadows

someone, a hunch

on the outside looking it

(Warszawa, 2018)

 

 

Credo

Boże Baudelaire'a, Boże Nietzschego,

spoglądasz w nas od tysiącleci,

nie zsyłasz już ognia i siarki,

czterdziestu dni deszczu,

nie ślesz nocą anioła

który idzie przez miasto z szacunkiem

dla krwawego pędzla.

Królestwo, które nam obiecałeś

przeliczyliśmy na futures.

Studnię zalaliśmy betonem.

Wierzę już tylko w zmartwychwstanie

i że kwiaty trysną

ze stali i szkła.

(Stratford-upon-Avon, 2018)

 

 

Ariadne

Rozszarpano narody ludów, kwiatów, poetów,

zadźwięczały paznokcie o dno -

naród krwi.

Krew o krew woła, krew krwią wybija.

Z labiryntu żył -

Naczynia

świata połączone.

Za późno by wzywać anioły,

one blade, bezkrwiste.

Została już tylko rzeka,

tak samo nie ta sama -

ona jest nicią

do ujścia.

Żeglować jest koniecznością.

(Stratford-upon-Avon, 2018)

 

 

Till Jorden

En människa föll till Jorden

nagonstans nära Odenplan.

Hon tog emot henne

i sin harda famn,

gav en snabb kyss i pannan.

Blodet kom flödande, ett regn av tarar.

Min dotter, allt är nu förlatet,

allt kommer att bli bra igen.

(Stockholm, 2018)

 

 

 

Imagine

Imagine there's no internet,

it's easy if you try.

No online forms or forums,

around us only air.

Imagine all the people

touching things with their hands.

You may say I'm a dreamer

but dream is still offline.

One day it will eat us,

swallow us

bones and all.

(Berlin, 2018)

 

 

Forgiven

And if we ever were to be forgiven,

please let it be before the winter arrives,

while we have not yet settled

for the obviously clear

and when betrayal is still betrayal,

even when it is all clean and crisp.

If redemption comes,

let it be in autumn,

in the pouring rain,

in the mud.

(Berlin, 2018)

 

 

 

W lepszych czasach

W lepszych czasach śmialibyśmy się częściej w niebo, jak kundle,

nosilibyśmy spodnie w ciapki, ręce w kieszeniach,

w gębie fajkę, na głowie czapkę

w ciemki, w motylki, dla hecy.

Ci spośród nas, którzy mają cięższą rękę, nie rzucaliby

krzesłem w osobę im podwładną - raczej

opowiadaliby o wakacjach spędzonych na sianie,

w lepszych czasach.

W lepszych czasach nasi bracia ze smutkiem pod żebrami

nie wypełnialiby każdego snu własnym głodem,

własną niepowstrzymaną żądzą chwały -

milczeliby częściej pod gruszami, wybuchali potokiem

trudnych słów nad stawem.

Lew spałby czasem obok baranka,

bo tak też może być,

wilk przebierałby się

w owczą skórę dla czczej próżności, dla fantazji.

Młodość byłaby szumna, człek zachłysnąłby się

marzeniem o długiej drodze, o wznoszącym się kurzu.

Dziecko biegałoby z uniesionymi rękami,

dorosły czasem też, orzech bywałby

niekiedy świeży i cierpki.

W lepszych czasach liczylibyśmy mniej,

a kochali więcej. Zawiść byłaby zawiścią,

a wdzięczność - niekiedy wdzięcznością;

rano, wśród jaśminów biegacz nie mógłby się oprzeć wierszom.

Lubilibyśmy szelest, gołębie, landrynki, pełnię księżyca, długie słowa,

przecudną ludzką słabość, wielką kruchość chwili,

co cesarskie oddalibyśmy cesarzowi, co ludzkie - człekowi.

Każdy mógłby kiedyś zabłądzić, zagapić się w rzekę, zaczytać.

W lepszych czasach.

(Sheffield, 2018)

 

I am November

I am November

I am the man without fate

The one small step

Into the darkness

The driver of the dreamtrain that has been delayed

I come from a hole in the present

Along the cord from the body of Eve

I am the smallest part, too small to add up

The bone, perfectly empty inside

I speak through marginal poets

Into the heart underneath the lava, no bypass, no detour

I am the word too slight to have earned a sound

Too small to be shrugged off

I am a passenger of dust

I am November

(Sheffield, 2018)

 

Persefona naprzeciwko mnie w knajpie

Nie jedz, dziewczyno z tego talerza.

Są darmowe obiady,

ale kiedy podają ci

ziarna granatu, pomyśl dobrze

zanim spróbujesz. Wypij kawę -

jest krzepiąca,

dobra, gdy wyruszasz w drogę.

Zostawia kręgi na papierze -

o takie.

Wierzę w konieczność wędrówki,

wierzę w korzenie -

jedno drugiego nie wyklucza;

drzewa to wiedzą

i ja też wiem o czym mówię -

uważaj na granat.

To ziarno tylko czeka,

by strzelić korzeniem

z twoich trzewi w ten

najcięższy z gruntów.

Kto posiądzie władzę,

ma na własność

wszystkie królestwa, cały ich przepych,

i nigdy nic

oprócz.

(Stockholm, 2018)

 

 

 

Swansong

The plastic bag swan takes flight,

Sings

His plastic swansong.

The music’s over.

Friendless and shirtless

We stand, placebo drugged

Seers, naked but for

The bones of ice.

Ithaca is just a name,

Roseless, while the

Wind sweeps clean

The streets

Of empty cities.

(Stockholm, 2018)

 

 

Czy będzie komu

Wszystko już było. Jednooki

na swoim koniu

przemknął, ktoś zamknął drzwi.

Drogą przez bagna

szli lepsi od nas,

wyrzekali się tego, co mieli najmilsze.

Czasami nazwy pozostają:

Lasek Brzozowy, Trzy Lipki,

Ruczaj. Komu zabetonowano nozdrza

nie krzyknie i nie westchnie,

nawet jeśli by wiosna przyszła.

Jeździec, którego posadzono

na koniu

- zamiast -

spaść kiedyś musi.

Ale czy będzie wtedy jeszcze

komu podać rękę

(Biskupiec, 2018)

 

 

Annunciation

He never wore his coat of many colours

until it grew all damp,

a cloud on his shoulder.

Too heavy. Too late.

Forgiveness is not failure,

and generosity not a weakness.

The stones all accounted for.

Too late.

They devoured the dregs

but saved up the bread

for some other time,

for some other rain.

Not enough: barely there.

Ice that melts on the tongue

may have been carrying the tide

but the water revealed him.

He was human. He wept.

See, there was no choice:

they had to betray him.

Then the rain came down.

Too bloody. Too late

(Olsztyn, 2018)

 

 

Sandals

Leave haemorrhage of love,

leave highways and rivers,

and shortcuts, and cracks.

Leave promises broken.

Leave innocence and stars.

Sorrows adopted, then taken

away;

leave petals and dust.

Leave sandals.

Walk on

barefoot.

Happy new year

(Olsztyn, 2018)

 

Wiersz z warkoczem

dla Karoliny Matyjaszkowicz

Znałam komety

Bywało, że miały

długi, jasny warkocz

Bywało, że leciały lekko

nad polami, gdzie

Karolina zbiera kolory

Bywało, że śmiały się z nas,

potrząsały grzywami-tęczami

I bywało, że kochały kwiaty,

takie same a inne,

tak samo, inaczej

jak my

(Olsztyn/Warszawa, 2019)

 

In praise of endings

You should have known better, Othello  -

The one you called your friend could not do other

He desired your earnestness

At his heel. So acutely. He was building a wall.

But his hands were on fire.

He knew who you were.

You should have known better, Othello,

Not where the current leads,

One rarely knows that,

But you should have welcomed it

As a gift: betrayal

Is an ending; even in tales of redemption

Nothing comes after.

No more need to absolve,

To explain, to try to win over.

You should have stayed your hand,

Betrayal comes patiently.

No need to look back.

So why did you. All that begins with the void

Never ends.

(Warszawa, 2019)

 

 

Lovesong

Sun, mooning,

Moon, sunning,

Comets, come in,

Meteors, fastforward stars,

Humans, starry eyed,

Starful Earth, Mother of Many

And never of only the few.

(Sheffield, 2019)

 

 

Ludzie

Miasto nielotów, podlotków, latawic -

w tramwaju pod wiatr, ale z nurtem

nawigujemy, mylimy ślady; jeden mały krok

dziennie dla ludzkości.

Miasto niebieskich ptaków i lilii gotowych

by zapuścić korzenie.

Podajemy ręce,

tacy piękni,

gdy czasem się zdarzy, że o nic

nie chodzi.

(Sheffield, 2019)

 

 

Racja

Kochankom Sukcesu

Mieliście rację,

że człowiek i wilk, dwaj smutni bracia,

że trzeba dorosnąć

do własnej dupy.

I nieważne, co o tym mówił człowiek z Nazaretu,

Że dzień przeczy nocy, a noc - zawsze ciemna.

Mieliście rację, że trzeba

fakty za fakty,

gnój za gnój,

tylko to się liczy,

twarzą w dół, bo inaczej te gwiazdy

za jasno świecą, przeszkadzają

prosto rzygać.

Mieliście rację,

że każda złota myśl świeci po oczach,

że każdy powiew wiosny niesie śmierć.

Frajerom.

Stopy sięgają ziemi, głowa w chmurach - to tak,

jakby człowiek prosił się o piorun. Więc

mieliście rację.

Racja - wasza,

nasza cała reszta.

Czemu wyciągacie łapy,

czyżby jednak jakaś

wątpliwość?

(Warszawa, 2019)

 

 

Jeansy

Założyć przecudne niebieskie jeansy,

jak samo niebo kwietniowe.

Przejść ulicą do Skarbka

i dalej, w Katowice.

Spadają płatki białe- złote,

ptaki chwytają je w dzioby.

Może to już jest jutro, ale nie to

pasujące do wczoraj;

jakieś inne, dzikie.

Orbita przyszłości,

tamtej, spod Skarbka,

w jeansach, najbłękitniej,

z wiatrem wokół ucha, gdy mówiłam:

nigdy nie śnią mi się zadane lekcje,

śni mi się szum stratosfery.

Jaka cudowna strata czasu

(Katowice, 2019)

 

Lustro

kiedy człowiek był dzieckiem

myślał jak dziecko, patrzył jak dziecko, miał oczy

większe niż podwórko, miał palce

sięgające kwiatów mięty, sięgające

do nieba;

tak było i taka jest prawda -

jeżeli lustro zaszło mgłą, po prostu

wyrzućmy lustro

(Warszawa, 2019)

 

 

Endnote

The glass is all we are left with

But much lighter now, much

Cleaner. It is everywhere,

Face to face, an endless

Conversation, which, in the end,

Does not even require

Our presence. But then

I began to dream blue, and it

Became apparent how it keeps

Flowing through, filling in

The aquariums

(Berlin, 2019)

 

 

Iskra

Ręka Boga zadrżała -

niebo tak jasne, muszla

na skalistym brzegu, Jakub z Aniołem

ramię w ramię idą piaszczystą drogą.

I pomyślał, że przecież sam powiedział

tamtego dnia, że niedobrze jest,

by człowiek był sam.

Na końcu świata iskierka

zatrzepała skrzydłami

(Kraków, 2019)

 

 

Nasz blok

Gdy z naszego bloku wyprowadzili się, jeden po drugim,

aspirujący mieszczanie, unosząc ze sobą

dziecięce wózki, rowery alpejskie, szaliki wiązane w pętlę,

pojawili się oni - pasażerowie, czasem stłoczeni,

na ogół osobni.

Potem do mieszkania wyżej wprowadziło się dziecko diabła.

Diabeł nie bywa uchwytny, dziecko całymi dniami

biega wte, z powrotem, wte, z powrotem.

Czasami zatrzymuje się i krzyczy, krzyczy

całą czernią tego świata.

Rury, tkliwe struny, drżą w uniesieniu.

(Warszawa, 2019)

 

Ulewa

Zwykle to się nie zdarza,

ale gdy leje, ludzie na ulicy

uśmiechają się do mnie.

Zmokła bajglarka, zakonnica

w habicie oblepionym na nogach,

człowiek z postawą nurka,

pani za zrezygnowanym straganem.

Może w niebieskim pasuję bardziej do świata,

a może te strugi zmywają z nas

maski - warstwę po warstwie -

i zostaje to, co na samym spodzie,

koty z Cheshire.

(Kraków, 2019)

 

 

Wiosna wróci

Ewie F.

 

Wszystko będzie dobrze.

Wróci wiosna, spotkamy się na mieście.

Między domami znajdzie się dokładnie taki

skrawek ogrodu, jakiego nam trzeba.

Człowiek człowiekowi będzie kromką chleba.

Niebo zakasze rękawy i wysypią się

jaskółki - parami, trójkami, całymi zdaniami,

jak litania, jak dziecięca rymowanka.

Szeptem i liściem

przemówię do ciebie.

Przecież wiesz, że tak.

(Warszawa, 2019)

 

 

Surfacing

I used to wake up in terror,

the faceless creatures still

streaming through the darkness

upwards, in dustlike currents.

Grateful for having made it

to the shore, I clutched it

with hands and feet,

shaking from the effort.

You have no skin,

my mother kept telling me,

it's time you should grow some.

But I knew I did not

need to; I still knew, back then, where

I'd left it.

(Caythorpe, 2019)

 

Przeciąg

Zbój przeciąg wpadł do domu

Targa futryny, tarmosi

Drzwi w zawiasach, chętnie

Podstawiłby nogę komu,

Ale jak, gdy beznogi?

Więc posmaga

zasłoną łydkę,

Poturla się po dywanach.

Ach, te drzwi, te okna - pełne żagle.

Tylko steru brak,

A przecież:

Navigare necesse est.

Więc szuka, szuka po domu.

By schwytać, polecieć

Nad morze.

(Warszawa, 2019)

 

 

The olive branch

The Lizard King is back.

I saw him walking in San Gimignano.

He showed no signs of mourning.

So why are they playing

"Here Comes the Sun"?

Nothing comes back, not even

gods, they don't speak our language.

At least not now, not here.

The void is closer than we know,

more irrefutable than death.

But he was walking.

A dog brought an olive branch,

it struck me at the heel.

There is no return, rather -

ebb and flow;

a steady crumbling

of straight lines

(San Gimignano, 2019)

 

 

 

Words

Just like light, words

never go out

but once spoken

they go on, and on

until the world's end.

Between the streets, the trees, the stars, into

the darkness of Cosmos.

A Greek chorus

everlasting

(Edale, 2019)