| |
Dwugłos poetycki...

Anthrakia
Burza
Cug
warszawskiej ulicy,
świergocą tramwaje,
wlecze
się rzeka
asfaltowa,
dzień dudni
powszedni.
I nagle staję pośród szumu zboża.
Duch pola prześwieca na wskroś poprzez bloki,
przez sklepy, parkingi.
Lekki podmuch przynosi
zapach kłosów bez cienia.
Ona,
w wianku z chabrów, w welonie
idzie wprost ku mnie, jakbym to ja
była zjawą.
Zrywa się
burza
spoza obu kadrów.
*
Romanowi Śliwonikowi
Nie ma go na Facebooku
Ledwie hm Wikipedia
Już w 1991 widział to co teraz
nas zżera Patrzył w zawstydzeniu
Na blask, na duszę, wiedział
Gdzie przyklęknąć
żeby całkiem nie opaść
wolno, wolniej,
wolność
*
Dlaczego Joséphine jest smutna?
Mówią: nie ma dymu bez ognia.
A czym jest kawiarnia
bez dymu?
Jak tu grać jazz w takiej
kawiarni?
Joséphine Baker wznosi
oczy do nieba.
Jean Cocteau nie ma czym zająć
co najmniej trzech ze swych
sześciu rąk. Monsieur Hulot
smutno przyznaje: to nie jest fajka.
Wszystko nie tak.
Gdy nie ma dymu, zostają
nam
tylko lustra.
*
Moja oberża
Kto szedł tą drogą?
Może Rimbaud i jego
rozwiane sznurowadła?
Kto siedział pod tym drzewem?
Może Giono, kto wie co
tam zobaczył w górze, wśród konarów?
Kto drzemał na tej ławce?
Może to Dalida, cała w skowronkach, choć,
tak jak zwykle, smutna?
Gwiazdy szeleszczą, szalik dał w długą,
może unoszą go jakieś wiatry,
może podąża za
zielonym promieniem?
*
Człowiek z koszykiem
Mignął mi kiedyś koło kas,
nie wiem, co miał w koszyku
Może pomidory, może mleko,
- gazety? pewno nie,
chyba, jak wszyscy,
miał prenumeratę.
Kilka lat później poszedł z żoną do kina,
grali Braci Mozart.
Tylko we dwoje, wracali do metra -
stacja Radmansgatan.
Nie spieszyli się, oglądali witryny,
mieli blisko do domu.
5 minut, 3 przystanki.
*
Kino Moskwa
Przy tych lwach przechodziłam
z szacunkiem
Z imieniem w spadku
po jednym z jej Bergmanów.
Na czarno-białym zdjęciu
w jasnym prochowcu
dziewczyna z Czarodziejów
W tym samym miejscu
wiele seansów temu
w świecie, który
zszedł z afisza
*
Turban
Kraj w sam raz
Gdy złapać autobus po szkole
można na podwieczorek
zdążyć nad morze
Co roku sąsiedzi
obchodzą razem Ramadan i Wigilię
Pewnego dnia obudziła się
w skurczonym świecie
Morze odpłynęło, po chleb
wyprawa przez ogień
Ostatnie mgnienie lata:
Zdjęcie w turbanie,
wśród roześmianych twarzy, z lekka
prześwietlone
*
Interregnum
Lato wymknęło się po angielsku.
Tak się nie robi we Francji.
Drzwi niedomknięte, jesień
jeszcze nie przyszła.
Jaskółki wciąż w niebiosach,
w ogrodzie trzmiele,
po jednej stronie drogi - szare rżysko
po drugiej, żółte słoneczniki.
Gwiazdy już pospadały.
W strugach deszczu
Van Gogh maluje z pamięci.
On jeden wie, jak się nazywa
to pora.
*
Szach, mat
AI i ChatGPT
Spotkali się na patię szachów
W tle morze sklecone
Z Courbetów, z Turnerów, z reklam
Proszku do prania
Całą noc się szachowali
Przez siedem płonących pucharów
Nie dostali poziomek -
Każda poziomka jest inna.
"Szach, mat”,
Parsknął Putrament,
"Nasze zdrowie, panie
Turek”.
*
Rungis
Z Rungis codziennie
dostawy bladych kulek
Sklepy sprzedają je
w plastikowych koszyczkach
kobietom z ustami z plastiku,
W nowej książce Modiano
Paryż pogubił swoje
tajemnice, wypełnia go
hurgot walizek
Coraz trudniej się zgubić
w mieście, gdzie hordy
Syzyfów toczą swój żywot
*
Szwab
Miał 16 lat, stacjonował na strychu
w ich domu. Musieli uważać
na to co mówią.
Ich miasteczko nie zostało spalone,
bo stacjonowali.
Codziennie pisał do mamy,
mojej babci pokazywał listy, mówił
"Mutti” i uśmiechał się, smutno.
Babcia przyciskała dłonie
do fartucha bo musiała je trzymać
mocno, w ryzach.
*
Kąty Rybackie
Każda jadalna jest innego koloru:
niebieska, różowa, zielona, żółta
Wczasowicze FWP gromadzą się rano na śniadanie
w swoich salach
Dziecko upiera się, by co dzień
jeść w innej - kaszka manna w każdej inaczej smakuje
Dziadek uważa, że to świetny pomysł
Przecież każdy odcinek drogi przez las
jest całkiem inny -
zieleń w lesie z dębami,
i z samymi sosnami
jest inna.
Dzięki temu łatwo jest trafić
nad morze.
*
Młodość
Królowa jaśminów i róż
chodzi po mieście cała
na biało. Czuwa przy rzece,
w błyskawicach,
Przechodząc znajduje wiersze
i czterolistne koniczyny.
Jesień się jej nie ima.
*
Lecą goście, lecą
Latało UFO nad Wielkim Guslarem,
latało, nie mogło wylądować.
"Co tam u diabła, gdzie Korneliusz,
dlaczego oni nam ślą
komunikat, że będą strzelać
bo obrażamy rosyjską armię?”
I nawet miasto
już nie to. "Uwaga, zmiana kursu”.
Lecą dalej, szukają, z kim tu pogadać
o świecie, o przyszłości,
zwinnie unikają
ostrzału, czerwonych turbanów.
Niosą ze sobą to, co zawsze
- rozmowy, wódkę, coś
na zakąskę.
*
Krzaki bis
Co tam świeci w tych krzakach?
Czy to nie lisia kita?
Czyżby lisek chytrusek
wyżarł ptakom pisklęta?
Zostały - puste skorupki.
Co tam błyska? Czy to
stado papużek konsumuje orzechy?
Dużo szumu, lecą
puste łupinki.
Co tak lśni tam w tych krzakach?
A może Żar-Ptica?
A może
jeszcze jeden indor
*
Przeszłość
Podobno od przybytku głowa
nie boli
To dobrze, bo ciągle
nam przybywa przeszłości
I cóż począć z nią wszystką?
Gdyby tak było można
ze słonecznych lat zrobić
przetwory na zimę
Gdyby się dało wydestylować
mroki na wino, mieć zapasna drogę
Gdyby było możliwe by
wszystkie nieba młodości
zszyć razem w wielki niebieski balon
Wsiąść, polecieć tam gdzie zostały
tamte marzenia
*
Wieczność
Nie ma gorszego nieszczęścia niż wieczność
Trwa tak samo krótko
a nie ma w niej za grosz kruchości
Tej, która pozwala
widzieć liść spadający na chodnik,
zielony promień przed zgaśnięciem słońca,
muchomora przy drodze,
biedronkę na różowej bluzce
miejsce i czas w oku drugiego człowieka
To, co jest nieskończenie mało prawdopodobne,
a zarazem jedyne, co można
zabrać dalej ze sobą
*
Jesień w Warszawie
Warszawska jesień cierpliwa jest,
łaskawa jest. Nawet,
gdy bar pustoszeje,
deszcz u drzwi,
ona czeka z kieliszkiem wina.
Jesienią
ulice miasta
pachną kadzidłem, wiersze
wznoszą się hymnem,
nawet te barowe.
Ona niejedną
melodię słyszała.
Nie każdą do tańca.
Więcej u niej wieczorów niż
rześkich poranków.
Ale ona wie, że - także w lustrze -
do twarzy jej
z tą melancholią.
*
Drogi
Wszystko ma swój czas
Wszystko ma swoje miejsce
Ludzie i miasta, rzeki i drzewa
Nawet morze i niebo.
Tym właśnie jesteśmy.
Spotykamy się zawsze w drodze
Czasem ścieżki się łączą, czasem
Rozchodzą. Ważne jest, by zawsze
Umieć się rozpoznać.
*
Kino Eos w Łowiczu
Jak co dzień stała za ladą
gdy pojawił się ON
najpiękniejszy mężczyzna jakiego w życiu widziała
czyli nie bardzo długo -
ale jednak,
ci wszyscy aktorzy:
John Gilbert, Bodo, Valentino,
którego wciąż nie mogła odżałować.
"Panienka sama te bułeczki wypieka?”,
spytał. Odpowiedziała: "Nie,
ale dla kawalera mogę upiec.”
Dwa lata później wzięli ślub.
Zrobili sobiedwa ślubne zdjęcia:
wiejskie, w wełniakach, z całym orszakiem,
i miejskie, tylko we dwoje,
jak z fotosów.
*
Oto człowiek
Oto człowiek - powiedział
bo właśnie zobaczył.
Ta jedyna chwila,
gdy nikt nic nie musiał;
tylko oni dwaj i zupełnie
pusty pokój. Historia
została za oknem.
Świat bez przeciwieństw.
Dlatego ta myśl
uderzyła go, i tak powiedział.
A potem poszli, każdy
w swoją stronę.
*
Pere-Lachaise
Francuscy święci
nie jeżdżą tramwajem
nie stoją w kolejkach
jeśli palą to raczej
do towarzystwa
Przypinają kwiaty
owijają się bluszczem
Oscar jak co roku zbiera pocałunki
Można ich spotkać
wpół drogi między
dniem powszednim
a tamtym ogrodem
*
Bóg
Jestem Astronautą
Wyłaniam się
z pępowiną świata
nad morzem mgławicy
Jestem Kosmonautą
Krążę po obicie
patrzyłam patrzyłam I
Widziałam Boga
Grał w kości
- nie ze mną -
grał na skrzypcach
jak we śnie Chagalla
*
Ziemie Odzyskane
Mój dziadek Stach chciał kształcić dzieci
Mówił: Matka, zostawmy to w diabły,
Jedźmy na ziemie poniemieckie,
nasza najstarsza - Staszka
pisze wiersze
Babcia Julianna żegnała się, nic nie mówiła
Bo co tu gadać
Została
ojcowizna: chałupa rozszarpana frontem,
sad, gdzie powoli dojrzewały jabłka,
gorejące krzewy malin i porzeczek
w trawie poziomki
Nawet psy nocą tam nie biegały -
każde boże stworzenie wie, co to
pole minowe
*
Professor A.Z.
(1937-2015)
He said: until disproved
we are immortal;
one day, someone
will end up not dying.
He said: I don’t go to funerals,
but I promise
I shall go to my own.
He said he was a staunch believer
in changing his mind.
Rien de rien
W lesie Sénart spadają liście,
coraz bliżej do wiosny,
ptaki lecą raz na północ,
raz na południe
Najpiękniejsze poranki
można znaleźć między mapami
zaplątane w perz i dzikie poziomki,
ale potem zrywa się ciemność -
wszystko odpływa.
Człowiek składa się z wody
w czterdziestu pięciu procentach;
cała reszta jest Odyseją
*
Pani Jadwiga
Tym autobusem na pewno
jeździła codziennie, do szkoły.
Niedawno
przez rok wsiadałam
przystanek po niej.
Razem mijałyśmy ulice - niektóre
z inną nazwą
i park, gdzie wycięto drzewa.
Kiedyś powiedziała, że widok
martwych drzew
jest dla niej straszny
- bo wojna
Niedawno
na boisku jej szkoły
też cięto i grodzono.
Dobrze że nie doczekała.
Więc kiedy tak jechałyśmy
razem poprzez warstwy czasu
nic nie myślałam do niej o drzewach
Tylko że wszystko, co do słowa
na jej lekcjach
było prawdą.
Myślałam: nasza
Warszawa kwitnie.
*
Teofil patrzy jak płonie biblioteka
On tylko dokończył dzieła
po tamtych: pierwszy, bo
ważna wojna, biblioteka
po prostu była
za blisko portu
Drugi, bo kryzys,
ot, szkoda uboczna
Teraz on, taki moment
w historii, do trzech razy sztuka,
nieważne.
Zaprosił tłum z pochodniami
Stoi i patrzy: ni Neron
ni Herostrates.
"Starał się okryć hańbą pogańskie misteria”
Ci, którzy nie wiedzą, co czynią
zostają na zawsze niewinni
sprzątający po Bogu ten
nieznośny nieporządek istnienia.
*
Lord Kelvin
W laboratorium
Przy okrągłym stole
Patrzy na rzekę -
Rzeka płynie,
Miasto zostaje
Na swoim miejscu.
On też.
Pali fajkę.
Ale to nie jest wiersz
O fajce, tylko o tym,
Jak bardzo ważna
Jest poezja.
Bez wiersza Alexandra Pope’a
Kelvin nie wiedziałby, że
Musi zmierzyć Ziemię.
*
Kolejka warszawska
Dwie niewidzialne linie kolejowe
przez serce miasta
przesiadki tęsknoty i trwogi
na widmowych dworcach
Takie miasto
Walizki szare, do noszenia
i do czuwania
Ta z nietłukącą porcelaną
tamta z jasną suknią
Wzdłuż i naprzeciw biegną
lotne cienie
liści nie-liści,
po równo, tym co znikają
i powracającym
Takie miasto,
wszystkie żelazne drogi
prowadzą do Warszawy
*
Small step
Atrament,
nie zawsze sympatyczny;
zawsze
magiczny.
Pióro,
jeden zryw człowieka
ku
skrzydlatości
?
*
Alpinistka i jej pies, Jura Częstochowska
Szczęście jestem snem
widzi się tylko jedną rzecz
za jednym razem
Pies, w którym wzbiera
rezonans z księżycem
smukła przyjaciółka
jak anioł w skale
niepoliczalność, bezbronna
Trwa zielona, bezwarunkowa
jestem wiosną
mam kwiaty we włosach
moja ręką wygasza
prostopadłość
*
Pac!
Myśl - liść
Wiosną wystrzela
Latem dozielenia
Jesienią ozłaca,
W zimie użyźnia
- tymczasem -
Burze na Słońcu
Kręci się Ziemia
w jednej chwili łączy się wszystko:
punkt oparcia, jabłko od jabłoni
człowiek pod drzewem
*
Efekt kozy
Zapraszali
Częstowali
Zostawiali na stole
Pyszne książki
Banknoty w kieszeniach
Podtykali dywany
Wyszywane narzuty
Potem nagle: precz won
Z powrotem do bydląt
Co za powrót? obora już
nie ta sama
*
Prima!
Czy w nowiu pan Twardowski
popija
nowe wino?
Czy nowy sezon
zaczyna toastem
za nowych przyjaciół
i czy przepija
do koguta?
Czy mówi:
teraz, mój kumie kurze,
na drugą nogę?
(a kto wypije za pierwszą??)
I czy kogut mu na to:
prima, kumie, prima
*
Poeta król
Poeta chodzi po mieście
jak Harun al-Raszid
w szarym płaszczu, w paryskim kaszkiecie
Poniesie paczkę boskiej Grecie
Himilsbachowi powie dzień dobry
lekko się kłania albatrosom
Gdy leci samolotem na wsiakij słuczaj
zdejmuje buty, pije za zdrowie tamtej starej wróżki
Mimo że zewsząd niosą zaproszenia,
podróżuje w czasie
na gapę
*
Katedra
Długo budowano katedrę
Były sny i wzgórze
różne kamienie, zmieniające się plany,
pokolenia, wypadki
przy pracy
Były reformacje,
wojny, rewolucje,
troskliwe dłonie
konserwatora
Byli książęta, turyści
kupcy w świątyni.
Kiedy katedra płonęła
ludzie ze wszystkich krajów płakali:
Czy odbudowa jest możliwa?
A przecież katedra jest
tym czym była zawsze:
miejscem, przez które czasami
przechodzi światło
*
Poezja
Od niepamiętnych czasów
spierano się czy poezja
znajduje się
w butelce
czy raczej w lampie
Czy jest jak koncert życzeń
czy raczej glejt żelazny
Czy w duszy gra
i czy dusza to cymbał brzmiący
czy raczej sala kina Moskwa
gdzie chłopcy w lekkich płaszczach
i dziewczyny
w sukienkach z huraganu
chowają się przed
dniem ostatecznym
oczywistości
*
Okno
Stoję w oknie.
50 lat mija
odkąd nie mam warkocza
i nie wierzę
w trasy
przepływu
aniołów.
Nie wiem nadal
czy burze, jak huragany,
mają imiona
Nie wiem
Czy kiedy wiatr szarpnie
w okiennice,
okno zamienia się
w gołębia?
Czy wtedy człowiek w oknie
staje się
gałązką oliwną
*
Wiersze
Wiersze chodzą
górą i doliną
zuchwale
zygzakiem
Włóczą się, piją
wieczorami,
walają się
po różnych
drogach Schrödingera
Gdy spotkam wierszyk,
choćby nawet tyci
pójdę drugą milę,
oddam wszystkie mapy,
za jedno
hic sunt leones.
*
Do starych wajdelotów
Co z jaskółkami które nie
uczyniły wiosny?
Z wajdelotami bez sławy
choć nie bez powodu
Inkantacje
dzieciństwa
do gorejących krzaków porzeczek
ni wróżby z lotu pierwszego motyla
nic nie pomogą
Parowóz dziejów już nie pojedzie,
wypadł z rozkładu
Poza tym ten pociąg dzisiaj
jeździ na skróty
i raczej nie jest mu po drodze
w przyszłość
wajdelotów
Dla nich
zostają miejskie podwórka
pełne łaski bzów
i, jak zawsze, komety
- jaskółki kosmosu
*
Muzyka
Chłopaki grały na gitarze
dziewczyny nosiły nutki
wiatr wiał
za każdym razem z innej strony
Każdy kolejny utwór z magnetofonu
wieczorem
był pełen proroctw
na całe życie
Z papierosami w ręku
młodzież - pielgrzymi gwiezdni -
ruszała w świat
unosząc szum sznurowadeł
Człek myśli, że ma pod kontrolą
a tak naprawdę to go
nosi
*
Rozdroże
Na rozstajach dróg straszył diabeł.
Plątał języki za tych co na morzu,
dudnił w studniach,
gwizdał koło domu
Diabeł nie mówił dzień dobry,
nie wchodził w szczegóły
kradł po jednym bucie
Lubieżny był, diablo nieroztropny
Ale odmieńca
nigdy, przenigdy nie
odtrącił.
Inaczej,
niż dobrzy ludzie.
Teraz, gdy diabła
już nie ma
cóż nam zostało
*
Et tu...
Sun set, empire made
very beautiful ruins; so
where did the
spectres of the caesars go?
Maybe they roam
the sad stories of the death of kings;
Maybe they serve as
trophies for the stars of cinema.
Perhaps they wander aimlessly:
ghosts in the visions
of the unpoetic -
kingdoms of the force of will.
Maybe, they get reborn as cats
at Largo di Torre Argentina.
Sic transit;
but dreaming
*
Matematyka i poezja
Matematyka jest poezją,
ale poezja nie jest
matematyką.
Kto to powiedział: czy doktor Jekyll
czy raczej Mister Hyde?
Kto słuchał? czy była to
boska Greta, czy raczej
Greta, siostra Hansa,
(który zajadał się
właśnie pierniczkami)?
Więcej wina! a może - Więcej światła?
krzyknął ktoś z sali.
Może to był Rimbaud.
A może Nieskończoność.
*
Oneirorealizm
Sen-kucharz, pozostawia
duszę odkrytą, pozwala
jej zgęstnieć; Nie mogę
zdążyć na pociąg, wsiadam
w następny, jadę gdzieś indziej.
Ktoś znów kradnie mi portfel,
gdzie były wszystkie
dokumenty; muszę
wsiąść do pociągu, muszę,
gdzieś zdążyć. Czasami sama
wzbijam się w stratosferę,
powietrze jest idealnie
różowe, przejrzyste,
(Nie mam imienia.)
W eleganckiej sali, przy długim stole,
po krótkich końcach siedzimy -
przyjaciel i ja. Jemy razem obiad.
To białe wino w eleganckich kieliszkach
jest bardzo smaczne.
W czuwającym świecie dzieli nas
więcej niż tysiąc kilometrów,
ale redukcja odparowuje
wszelkie: tu i tam.
*
Gaskońskie wino
Jastrząb kołuje
wysoko, coraz wyżej
nad środkiem świata
obok którego stoikieliszek
pełen białego gaskońskiego wina
Znajduję słowo
którego mi
było trzeba.
Jastrząb
Spada jak wachlarz.
*
Kamień na końcu świata
Kamień na skraju wyspy
wokół wiatry uwiły
ze słonej piany gniazdo
Chmury spod ziemi
unosząc się przedstawiają
wersje świata
tylko raz przez stwórcę
dotknięte,
odrzucone
Człowiek patrzy, widzi
niebo pod stopami
Mówi:
świat się kończy,
To tylko szept, ten
którego nie będzie
*
Rozdroże 1979
Spadały gwiazdy, garściami
sypały się do okien
Miałyśmy po 16 lat
i świat był pełen nocy.
Gwiazdy zamarzały
na stykach szyb.
Popielniczka na skraju
świata, chybotliwa
łódka między nami
pełna wróżb i dziwnych znaków.
Będziemy
w drodze, jak ogoniaste komety,
będą nam patrzeć w oczy
syreny gwiezdne, będą z linii
naszych dłoni wróżyć, a my
będziemy
żyć miłością i
niedopowiedzeniami.
Zanim świat się skończy
napiszemy wiersze które
rozpalą serca rybaków.
Ognista popielniczka
między nami,
Przed nami
milion lat świetlnych nicości
o nas,
bez nas.
*
Tokaj
Zabierała nas do kawiarni Tokaj
przy Marszałkowskiej; miałyśmy
po tyle lat ile mają teraz
moi najmłodsi studenci.
Mówiła: pijcie wino
dziewczęta; Mówiła:
prenez tout au sérieux,
rien au tragique.
Wino letnie miodowe,
światło w poprzek dnia:
papieros clair-obscur.
Mówiła: Pijcie wino,
pielęgnujcie już teraz zmarszczki-śmieszki,
zawsze bądźcie na skraju,
bo widok stamtąd
najszczerszy
*
Nauczyciel i uczeń patrzą na morze
Nauczyciel i uczeń patrzą na morze
Patrzą na poetę patrzącego na morze
Patrzą na obraz z poetą patrzącym na morze
Żaglówki płyną na wschód
wiatr lekki, zachodni
Uczeń już wie
jak wejść dwa razy do tej samej rzeki
Nauczyciel już wie jak potem
trafić z powrotem
*
Pani Nina
Zawsze czekała
na nasz dzwonek
blond kok, oczy w jaskółki
Na stole papierosy i karty
Spełnienie marzeń, wielka miłość,
ciasteczka z różą
Hojnie obdzielała nas,
zmarznięte nastolatki
według królewskich potrzeb
*
Nauka jazdy
Pożyczony skuter
Zrywa się do lotu
Rozpościeram skrzydła
Wszak zielony płaszcz
Wiatrem podszyty
Lecimy w przestrzeń
Patrzę z góry:
Las, dziki, ptaki
Anioły
Stratosfero, jakaś błękitna!
Jak skandynawskie sny
Szesnastoletnie
I potem - trach!
Ja i skuter, razem, spleceni
Bo takie jest prawo
Ale tam zostały
Moje skrzydła
*
Eliksir
Kocham Wenecję od razu
jak papierosy.
Czuję, że umiałabym
być Włoszką tutaj, miałabym
rozwiane włosy,
chodziłabym po ziemi,
lekko, jak w filmie.
Gibkość tego miejsca
Sprawia że już nigdy
żadna ścieżka
nie może być prosta.
Nawet ta do starości.
*
Wolna Grupa Bukowina
W pociągu spotykam
Muzyków, wracali z z Bieszczad
mieli walizkę pełną jabłek.
Dzielili się ze mną
Przez całą długą drogę grali
i śpiewali piosenki
o górach, niebie, rzekach.
Jadłam jabłka, świat migał
za oknami, nie myślałam, że czas mija,
Bo wtedy nie mijał,
To przestrzeń mijała.
W innym wymiarze wciąż jestem
w tym pociągu. |
...względnie uporządkowany

Kosmos
Burza
Burza nad Azją
czarno-biała i niema
ja słyszę krzyk
futrzanych czapek
Po drugiej stronie nieba
sielanka
deszcz skrapia kolorowe kwiaty
grzmotów
boją się tylko małe pieski
Scenarzysta zasnął
zbyt trzeźwy
by zapamiętać przyszłość
*
Roman
To brzmi imperialnie
Pamiętam dostojeństwo
Wiersza, stroju i bycia
Skaza bez skazy
Ironia obserwatora
Dobrodziej
Młodych szklaneczek
W niebie i w lodzie
Nietłukących się
W kraju szkła tłuczonego
Zachwyt ignorancją
Ziemistych opadów
*
Bonjour Tristesse
Była kiedyś
Taka książeczka
Luksusowa po wojnie
Witaj smutku
W Saint Tropez
Chowaliśmy niedopałki
W kieszeniach
Citroen DS.
Był piękniejszy od smutku
Zapach Gauloisów uderzał
Dziś w sercu Francji
Obieram jabłko
Ze wspomnień
Do końca
*
Pożegnanie 1960
Mój świat otwierał się
Czekał Paryż
Sainte Genevieve des Bois
Mówił:
Myślałem, że w końcu
Przyjdą po mnie
Wyprowadzą i rozstrzelają
Ale nikt nie przychodzi
Milczenie
Pachnie eter
Gotują się narzędzia zbrodni.
*
Hilly Billy Boy
Wyrosłem
Wśród ludzi wojny
Poznałem go od razu
W Mudge Graduate House
Nie po kurtce
Po tym jak mówił
Wolniej, staranniej, z rozmysłem
Słowa cenił i liczył
Jak quarters i tens
Pilot obserwator powracał
Przy każdej demonstracji
Odznaczenia odesłał
Na adres pocztowy:
16 00 Pennsylvania Avenue
Z duchami kolegów
Co dwa tygodnie pił ostro
W podzięce za te studia
W Carnegie Melon
On, który przeżył
Hilly Billy Boy
*
*
Kapelusz
Pierwszego sierpnia
Koło południa
Babcia pojechała tramwajem
Do miasta
Kupić nowy kapelusz
Ci, którzy później zginęli
Byli zbyt młodzi
By nosić kapelusze
Odeszło całe
Jasne pokolenie
Z włosami na wiatr
Babcia
Wróciła ostatnim tramwajem
Tuląc kapelusz
W pudełku
*
Pociągi
Pociągów
Bałem się
Od tamtego dziecka
Kiedy wysiadam na Gare d’Austerlitz
Po godzinnej podróży
Czuję ulgę
Udało się
Jak wtedy
Trasa wymknęła się
Spod kontroli
Cofnięto pociąg
I zostawiono w polu
Czuć było pieczone kartofle
Sięgałem po nie
Żarłocznie żywy
*
Requiem dla poetów
AI pisze wiersze
Powieści, eseje,
Polityczne pamflety
Tak szybko że
Palą się stare drukarki
Strwożeni poeci
I poetessy oczywiście
Tłoczą się w brudnych knajpach
Na starych kanapach
I połamanych fotelach
Półszeptem
Powtarzane są plotki
Podobno Jerzy Putrament
Zmartwychwstał
I zgłosił się do Microsoftu
Na razie
Za małe pieniądze
Dostał fuchę
W wirtualnym helpdesku
Dla poetów
Poeci zresztą i tak
Wyginą zimą
Jak niegdyś wróble
*
Wracam do Hal
Wracam do Hal
Na moje noce
Tu petit blanc
Tam petit blanc
Frytki w papierze
Kiełbaska z Lyonu
Dosiadła się do mnie
Burdel mama a może babcia
Stawiała wino
Upij się mon petit mówiła
Handlarz bydła z Normandii
Przy trzeciej butelce
Opowiadał
O polskich partyzantach w Resistance
Dziewczyna
Wyskoczyła na un petit coup
Między klientami
Recytowała < Les fleurs du mal >
Pamięć
Brudzi wspomnienia
Naprawdę
To było jeszcze piękniej
Dziś wszystko zakurzone
Smutne
Dalida popełniła samobójstwo
Piaf padła na scenie
W Olimpii
Jak trafiony ptak
Charles Trenet
Zaprasza
Nad wyschnięte morze
Zardzewiały DS
Nie chce odpalić.
*
Sylt
Na wyspie Sylt
Dobrobyt 60+
W srebrnej koronie
Na rowerze
Roześmiany, przyjazny, Eko
Przed wejściem do ratusza
Mała tabliczka z plastiku
Heinz Reinefarth
Burmistrz 52-64
Szkoda
Sylt to niewielka wyspa
Za mała
Na 200 000 grobów
Horrory ogląda się
W sieci
*
Lato 46
Lato 46
Pierwsze wakacje
Po Powstaniu
I po wygranej wojnie
Mama pracowicie
Pisze listy po angielsku
W imieniu naszej gospodyni
Frau Steineman
Chodzi o jej dwóch synów
W brytyjskiej niewoli
Jeden jest ranny
Niebo nad domkiem w Bierutowicach
Jest puste
Wokół pięknie i cicho
Ludzie z tobołkami
Idą do transportów
*
Lwów 24
Kolory wybuchają
Bogate, głębokie, ostre
I tną
Wycinają z obrazka
Schody, sufity, łazienki i drzwi
Po wniebowstąpieniu
Opadają
Przykrywa je kurz
Dźwięk dociera
Z wielkim opóźnieniem
Spokojnie
Śnimy nasz sen
O riazańskim lecie
I gwiazdach w Sielcach
*
Krucjata dziecięca
W podróży od tylu już lat
A tak daleko do Ziemi Świętej
Twarde siodło
I skwar
I kurz
I palące pragnienie
Co dzień
Tak rzadko odpoczynek
I chłód
Miękka pościel
Rankiem znów
Pancerz i koń
Gorący czerwony wiatr
Szepcze: zostań
Gdzie zieleń
I łagodny brzeg
Niech oswobodzą
Ten mroczny grób
Jacyś inni
Młodsi rycerze
A może niewinne dzieci
Przebłagają
Odległość i kurz
*
Uczta
Choć jesień
Już późna
Ucztujemy
Gorzałka woła
Pieczone prosięta
Mrugają
Na stęsknione śledzie
W kieszeniach
Znikają jaja na twardo
Rodzą się
I umierają piosenki
To taka chwila
Między być a nie być
Odchodząc pamiętam
Nie pamiętam wiele
Zapoj a la maniere Russe
W huku historii
*
Gdy lądujesz...
Gdy lądujesz
Diabeł mówi
Priwet
I podaje szklankę wódki
I ogórek
Potem drugą szklankę
Już bez ogórka
Trójka czeka
Droga przez las
Nie ma końca
Nikt nie wie
Czy na końcu
Jest ogień
Czy jezioro łąbędzie
*
Krzaki
O przyszłości
Nie da się powiedzieć
Ani prawdy ani fałszu
Przyszłość nie istnieje
Przeszłość też nie istnieje
Bo jej już nie ma
A dowodów często brak
Esencja istnienia
Jądro teraźniejszości
Eksploduje
Rozpada się
Na nieskończoność łupinek
I przed i po
Ta energia napędza świat
Łupinki można znaleźć
W krzakach.
*
Przeszłość
Przeszłość
Jest niewybaczalna
Myśmy ją kiedyś kochali
Młodą zaczarowaną zwinną
Aż nie przeszła przez rzekę
Kiedyś gdzieś po coś
Dziś
Wróżymy z odciętej łapy
Mogło być inaczej
Mogło być inaczej?
Odnajdujemy ją czasem
W posiwiałych oczach
Zamykając drzwi
*
Post-scriptum dla przeszłości
Przeszłość nie jest niebieska
Ani broń Boże różowa
Przybiera wszystkie kolory
Zmieszane beż ładu i składu
Brakuje porządku i logiki
Kronikarze pracują
Trudzą się pogrobowcy
I spadkobiercy
Brutalnie wrzucają
Jedno na drugie
Miażdżą i łamią
Kolekcje motyli i znaczków
Małpki i krasnoludki
Pukle włosów
Jakieś listy zapiski
Stare fonografie i fotografie
Wszystkie śmieci
Szczególnego znaczenia
Osierocone
Trzeba gdzieś wywieźć
Żeby się komuś coś zaczęło
Żeby było ładniej, czyściej
I prościej
*
Jesień
Jesień przy barze
Zielonooka ruda
Spryciara
Warto się jej trzymać
Gdy biały puch i gdzie
Wszyscy
Pomidor Tyrolczyk
Książę i ja
Znad jarzębiaku i Soplicy
Patrzymy jej w oczy
Czekamy
Na błysk
*
Na Wschodzie bez zmian
Czekałem u Fouqueta
Od strony Champs Elisee
Ravic nie przyszedł
Tego lata w Paryżu
Pije się zimne Vouvray
Na Wschodzie bez zmian
W Ukrainie
Młodociani poborowi
Malcziszki junkiera
Atakują w rozwiniętym szyku
Fala za falą i giną
Po poległych
Przejeżdżają czołgi i płoną
W Libanie
Użyto najcięższych bomb
Żeby zniszczyć osiedle
Jego mieszkańców
I bunkry pod nimi
Heideger zasypia
W ramionach Hany Arendt
Wieczorami pachnie prochem
Rano napalmem
W południe złota cisza
Jak wtedy z Joanną
Tylko Morozow umiera
napromieniowany
*
W Kazimierzu
Moi wszyscy
Dawno odpłynęli
W dół Wisły
Widma duchy upiory
Opuściły Kaźmierz
Zrobiły miejsce dla krasnoludków
I zwiedzających krasnoludki
Szukam knajpy
Którą prowadził
Jedyny ocalały
Kazimierski Żyd
Na kaca
Rankami
Pływaliśmy ślizgaczem
Po Wiśle
Czy tak czy jak
Szepce
Utracony czas
*
Człowiek
Człowiek
To brzmi dumnie
Powiedział Maksym Gorki
Po zwiedzeniu Gułagu
Oto słowa artysty
Inżyniera dusz
Obsypanego nagrodami
Nagrodzonego
Względnie łagodną śmiercią
Co chciał przekazać
Dlaczego i komu
Wielki pisarz
A może po prostu
Koba tego chciał
Oto temat uczonej rozprawy
Chemicznie suchej
Bez kropli krwi
*
La Russie victorieuse
Oficerowie białej armii
Nie rozumieją po ukraińsku
To język chłopów
Zajęci są umieraniem
Po raz ostatni
Idą do ataku
Na skrawku Krymu
Do mundurów
Przyszyte granaty
Dla siebie
Trupi odór unosi się
Nad imperium
Cesarz zamordowany
Nie pożegnany nie pogrzebany
Po stu latach
Krym znowu
Kwitnie wybuchami
Panichida za cara
Trwa..
*
Pytania
Jak wielu innych przede mną
I wielu innych po mnie
Mam pretensje do Pana
Że tak źle rządzi światem
Nie dogląda
To prawda toczy się naprzód
Naprzód czyli gdzie
Czy Pan o tym wie
Czy tylko gra w kości
Ze sobą sam
Jego królestwo nie jest z tego świata
No to z jakiego
Dlaczego nie uchyla
Rąbka tajemnicy
W dusznych kościołach
Czy woli kamień
Który się pytać nie ośmiela
Czy drzewo zasadzone
U strumieni wód
*
Na Ukrainie
U nas w domu
Mówiło się na Ukrainie
Tam był
Ten raj utracony sielanka
Podobno na targach zbożowych
W Kijowie
Aranżowano małżeństwa
Rosły fortuny
Czasami
Ktoś przegrał majątek w karty
I pomieszkiwał u krewnych
Służba podawała do stołu
Pięć razy dziennie
Kim oni byli Rusinami
Ale we dworach
Rozumieli po polsku
Dorodni rumiani
Ogniste czarnobrewe dziewczyny
Krwawą zapłatę
Przynieśli w swoim języku
Znikła magiczna kraina
I krewni znikli
Nad historycznym widowiskiem
Zapadła kurtyna
Spektakl po drugiej stronie
W Ukrainie
Trwa w konwencji horror
*
Psy Pawłowa
Na Gwiazdkę
Przychodzą do nas
Dawno zmarłe psy
Proszą nas ludzi
O kosteczki wspomnień
Domagają się pieszczot
Nie wiedzą
Ze tylko wmawiamy sobie
Myśli koncepty idee
Tak naprawdę reagujemy
Jak psy Pawłowa
Nasze szczekanie, skowyt, warczenie
Wypełniają pustkę
Pan z bródką
W białym kitlu
Obserwuje nas
Zapisuje coś w kajeciku
Kiedy odchodzi
Zostajemy sami
Z oszalałym światem
*
Prostota
(Pamięci Andrzeja Zawiślaka)
Prostota
Córka mądrości
Wiedzie nas, uwodzi
Ku linii prostej
Bez odchyleń
Minimów maksimów punktów przegięcia
Prosta wymierzona we wszechświat
Ale co tam jest
Nic odpowiada nihilista
On mówi deista
Energia dodaje uczony
Żadna z tych odpowiedzi
Mnie nie zadawala
Chcę wiec odwiesić
Prostotę na kołku
Ale to niemożliwe
Linii prostej
Na niczym zawiesić się nie da
Ona jest i uwiera
Nerwowo szukam więc
Komplikacji
*
Wańka
Wańka był kimś
Na starówce
Były bokser
Z wyrokiem
Pisał podobno wiersze
Ale tylko Iwo
Je widział
W torbie nosił książki
Dużo czytał
Poezji i filozofów
Chciał napisać książkę
O nas od Fukiera
Wymyślił nawet tytuł
Ja i my wszyscy
Pracował w domu dziecka
Podobno uczył WF
A może był dozorcą
Codziennie był u Fukiera
Pił z nami wino nie wódkę
Dzieci mówił boją się zapachu wódki
I płakał
Kiedyś odszedł
Pewnie znalazł robotę w niebie
Jako święty Florian
Opiekun dzieci.
*
Rien ne va plus
Rien ne va plus
Gra obstawiona
Migają kolory czarny czerwony
Numery wirują
Czekamy na wyrok
Az znieruchomieje koło
Czasami aż strach spojrzeć
Piękną aktorkę zastrzelił
Z miłości
Oficer gwardii
W garnizonowym mieście Warszawie
Skazany nie uwierzył
Że rien ne va plus
Wyrzucony na brzeg historii
Powracał
Pod okno swojej miłości
I czekał
Tam zastrzelili go Niemcy
W czasie jakiegoś powstania
W czterdziestym czwartym
*
Fryga
Fryga
Taką miał ksywę
Wszędzie go było pełno
W Kamerze na olimpie
W kamieniołomach
Na legii
Przystojny jak na fotkach
Z trzydziestych lat
Uwielbiały go panie
W wieku trolejbusowym
I z tego żył
Aż pani Basia z Chmielnej
Kupiła mu angielski płaszcz
Burberry
I sześciogarnkową beemkę
Nikt takiej nie miał
W warszawie
Kiedyś
Na parkingu przed szpitalem
Na Kondratowicza
Zobaczyłem
Zardzewiałą beemkę
I brudny płaszcz
Cześć kosmos powiedział
Basia właśnie
Umiera
*
Bez licencji
Bez licencji
Na pisanie wierszy
I na zabijanie
Wysoko na dachu
Wymieniamy słowa na znaczenia
I odwrotnie
Po kursie dnia
Nie ulegamy pokusie
Schodzenia na dół
Tam czeka tłum dozorców
Pobliskich kamienic
Z miotłami
Wzniesionymi na góry
Jak ułańskie lance
Tutaj na dachu
Słowa się suszą na słońcu
Kiedy pada
Chowamy się pod daszkiem
Przy strychu
I czekamy.
*
Czapski
Las w Saint Germain
Obraz
Hrabia wymyślił w łagrze
Zaczepił haczyk nadziei
I utrzymał
Powrócił
Do petów, filozofów, malarzy
Do rozmów, dziwaków i snobów
Do swojej białej Europy
W ostatnim akcie
Jej istnienia
Na wygnaniu w Maison Laffitte
Nadzieję
Pokazał małym punktem
Jasnym na tle zieleni
Ten obraz
Codziennie
Karmi mnie nadzieją
Tylko haczyk
Utknął gdzieś wśród drzew
I nie da się
Go odszukać.
*
Hope
Hope is a dirty word
It tells you
Everything will be OK
Fellow
Take it easy
What
If things will get worse
Who will clean your gun
Who will listen
To the rumors of the night
And scan the forest
With the search light
Who
Russians say
Hope
Is a religion of stupid
And Russians know
What they are talking about
Vigil is the word
In the gray world
When the curtain
Is down.
*
Burnout case
Sen
Pochłania czas
Czas pochłania myśli
Myśli pochłaniają przyszłość
A nawet wspomnienia
Rozmowy nie sięgają
Dna rzeczy
Ludzie
Przychodzą i znikają
Toczy się jakaś wymiana
Saldo oscyluje wokół zera
Energia spala się
Bez efektu
Nie produkuje ciepła
Nie daje ochłody
Po prostu znika
Czasami
Uśmiechnie się pies
Ale wkrótce odbiega
Zajęty swoimi psimi sprawami.
*
Bukowina
W Bukowinie
Poziomki maliny
Gaździny
Ku jesieni
Ku mrozom
Ku zimie
Księcia kardynała
Dzwony żegnają
Trzeszczą drwa
Przy kominie
Gazda popił
I śpi
Kożuch śmierdzi
Świat się kolebie
Wiemy gdzie
U drzew
U drzew
*
Myśl
Urwała się myśl
Wije się w trawie
Ucieka
Szuka kryjówek
Czasami
Podpala trawy
Dla zmyłki
By chować się
W innym miejscu
Nie usypia
Nie zaprzestaje ucieczki
Poszukuje
Kamiennego obelisku
By owinąć się
Wokół niego
I w końcu zasnąć
*
Kozi wyraj
Kozi wyraj
W sercu Korsyki
Trawy krzaki i słońce
Pląsanie śpiewanie meczenie
Między wrakami samochodów
Na pustkowiu
Wszystko na miejscu
Mleczarnia
Sery ubój wędzarnia wędlin
Kolej rzeczy
Kozi los
*
Ballada
Ballada niewiele może
Nie onieśmiela
Na kolana nie rzuca
Nie wzywa na stos
W opadłych liściach
Coś zadrży
I przez chwilę
Mięknie świat
To mija
Wracamy do piosenek
Symfonii i pieśni
Do łoskotu dnia
*
Tyle piękna
Tyle piękna wokół
A król obojętny
Zatopiony w myślach
W planie ataku
Na jeszcze więcej piękna
W proszku gruzów
I w ciałach
Martwych koni i dzieci
Król głaszcze
Złotą główkę
Na swojej lasce
Myśli o córce
Czy piękno
Pozwoli jej
Zachować życie
W cieniu południa
Pod miażdżącym naciskiem
Chmur
I coś jeszcze
*
Katedra w Reims
Utrudzeni
Pokryci potem
I pyłem spraw
Dotykamy
Nieskończenie większego
Niż my sami
I nasz świat
Kadzidło
Ucieka w nieskończoność
Witraży
Wielka jest potrzeba
Tajemnicy
Po to przez setki lat
Dźwigaliśmy kamienie
Oddychaliśmy zaprawą
By dotknąć tajemnicy
I tak przez chwilę trwać
*
Poezja
Poezja jest
Dla tych, którzy pytają
Wątpią, nie akceptują
Albo po prostu
Żarłoczni chcą więcej
Sięgają po licencje poetyckie
Paralele i metafory
Inaczej
Nie da się rozpakować
Ani cukierka
Ani trucizny
Ani księgi
Tajemnica parzy i kłuje
Niekiedy granat
Wybucha w rękach
Ubezpieczenia przeciwko poezji
Są bajecznie drogie
*
Okno
Ciągnie
W przepaść
Słabo uskrzydloną
Kukiełkę
Przypiętą do ziemi
Choć przez chwilę
Chce spojrzeć
Jak pulsuje otchłań
Zanim okiennice
Dotknięte strachem
Nie zmiażdżą jej
Czerwonego serca
*
Wiersze
Wiersze
Nie rodzą się
Na gorącym kamieniu
Ani w sterylnych kuwetach
Ani rozpięte
Na tytanowych siatkach
Nie wynikają z sylogizmów
Ani z rachunku zdań
Przychodzą na świat
Jak niemowlę
Upuszczone w trawy
Przez młodziutką matkę
Która wstydzi się
Rodzić
*
Beethoven's string quartets
The poem about
Bethoven’s string quartets
Didn’t come out right
I was unable to
Hang my life
On the music
Played so high
In the heavens
There is a logic in it
I couldn’t grasp it
There is no feeling
No poetry
Without logic
*
Pożegnanie z książkami
Znam kolory i kształty waszych grzbietów
Łowię
Wyciągam z porządków
I zostawiam w przypadkowych miejscach
Poszukiwania
To dodatkowa atrakcja
Adrenalina
Myślę o waszej przyszłości
Funkcjonalnie nie jesteście już potrzebne
I młodzież was nie lubi
Wyobrażam sobie jak wiozą was na śmierć
W metalowych wózkach
Wyrosłem wśród metalowych wózków
Cyfryzacja i przemiał
To wasz los
Żółta tabliczka: "starodruk”
Może oznaczać ocalenie
Ale niepewne
I przyznawane pogardliwie
Odejdziecie wraz ze mną
Póki co przebieram wśród was
I oglądam swój własny los
Oto pierwsza książka
Kupiona u bukinistów
"Ma vie” Trockiego
I te profile bohatera i sprzedawcy
Niemal identyczne
Takie żydowskie ..
Rozsypujące się pożółkłe
Livres de Poche
Mojej mamy
Pachnie fajką
Komisarza Maigret
I moja
I te późniejsze
Rozerwane od środka
Gniewem, uporem
I te które mało nie spłonęły
W procesie
Uczłowieczania miłości
Dedykacje
Których nie gromadziłem systematycznie
Ale są
Za każdą ciągnie się kilka scen
Na zrudziałej taśmie filmowej
Zapisanych tylko we mnie
Dziś tylko łoskot metalowych wózków
Czasami skowyt: stal o stal
To mija
Proces toczy się dalej
Muzyka nie gra.
*
Bon Diable
Bon diable
Służy złej sprawie
Ale bez wiary
Gotów do kompromisów
Spod rudego płaszczyka
Omija pułapki
Dogmatów i rygoryzmów
Gracz: on tobie, ty jemu
Bohater małych sukcesów
Książę ironii
Ciągniemy
Ten wstydliwy romans
Nie wspominając o nim.
*
Koty
Dzikie koty
W rzymskich ruinach
Przy lago Argentina
Od wieków
Walczą między sobą
O życie
Palą się żółte oczy
Morderców
Słychać pisk
Przegrywających.
*
Porządek
Poezja
Wymaga porządku
Metafory, paralele, wezwania
Brzmią osadzone
W uchwytach
Tego świata
Chaos rodzi bełkot
Tylko nieliczni
Najbardziej szaleni
Giganci
Potrafili uładzić
Cały swój świat
Na pustyniach poezji
Inni po prostu żyją
Ktoś z wózkiem na złom
Zbiera to ich życie
Po kawałku
Na budowę
Cudzej poezji
*
Zredukowany
Zredukowany
Czułkami rozpoznaje
Swoje nowe ograniczenia
Ból i wstyd
Dają miarę
Zamknięta budowa
Obcym wstęp wzbroniony
Swoi
Ulegli redukcji
Tak musi być
Aż rozpadanie się ogrodzenie
I tablica
Z groźnym ostrzeżeniem
Obcy zresztą
Nie wykazują zainteresowania
Redukcja
Ma swoje ogólne prawa
*
Sierpień
Jeszcze sierpień
Króluje
Na niebie Velasqueza
Jak dobrotliwy pasterz
Rządca
Białych obłoków
Sunących do nikąd
Bo tam właśnie
Jest coś
Nie chcemy wierzyć
Ze pasterz
Jest cudzoziemskim
Robotnikiem sezonowym
Musi odejść
I niebem zarządzi
Munch
*
Henio Meloman
Niegdyś legendarny
Tancerz z Hybryd
Wirtuoz wejściówek
Henio w sweterku
Był zawsze
Na wszystkich koncertach
Domownik
Wszyscy go znali
I on
Każdemu oddawał honor
Nieomal
Po sarmacku
Kiedy zniknął
Nikt zadał pytania
Płynęła pierwsza gala
Bez niego
*
Pies
Pies
Z czyimś językiem
W pysku
Kręci się
Po wagoniku kolejki
Nie może
Znaleźć sobie miejsca
W drodze
Na szczyt alpejski
Pełen turystów
Boi się ich
Być może ktoś
Zażąda wytłumaczenia
Tego języka w pysku
Który więdnie
Jak kawałek
Surowego mięsa
Jest przecież
Sobota
*
Hanka Pies
Nocami
Grywała jazz
Na rozstrojonym pianinie
W Largacticlu
Już nie wiadomo
Co robiła za dnia
Jeżeli dnie istniały
Była łapczywa
Jak pies
Na miłość
Na alkohol
Na życie
Na śmierć
Gdzieś na dalekiej Pradze
Wyskoczyła przez okno
*
Wertyński śpiewa
Wertyński śpiewa
W czas głuchej jesieni
Bez wstydu
Opowiada chaos
Pani Irena
Różowa
W metalowej klatce
Ktoś
Bez drgnięcia ręki
Posyła chłopców kadetów
Na bezsensowną
Nie podziękowaną śmierć
Dancingi dla bezdomnych
Pękają w szwach
W kieszonce fraka
Kokaina
*
Bikiniarze
Kolorowe skarpetki
W paski wysoko
Wąziutkie spodnie
Watowane ramiona
I te czarodziejskie buty
Szyte potrójnie
Groźne w bójkach
Na głowie
Plereza w brylantynie
W bramie
Przy wódce
Palili sporty
Czekali na potop
Nadaremnie
*
Piękna Iza
Iza przez kilka lat
Była królową Europy
Ciuchy
Przywoził jej Franco
Z Mediolanu
Żadna nie miała takich
W kawiarni zawsze
Czekał stolik
Portierzy pisali raporty
Ale puszczali
Miewała kaprysy
Czasami zapraszała
Do kawalerki na Nowym Świecie
Zabłąkanych facetów bez forsy
Częstowała trunkami
Dla naprawdę dzianych gości
I płakała
Przez całą noc
*
Lambretta
Jeden kluczyk
Przecina przestrzeń
Drżącą linią
Las
Kryje nagość
I śmiech
Nie trzeba czekać
Na biegnące kukiełki
Jak w kalejdoskopie
Spięte
Gangiem silniczka
Stolec królewski
W ruinach
Słoneczny
Szczyt marzeń
Dziki ryż
*
Miłość w Wenecji
Wenecja
Mokry listopad
Wiatr
Nieboszczyk mój smoking
Zmarł poverino
Od wilgoci
Spotkałem go w Rzymie
Na Via del Corso
I to była
Przelotna przyjaźń
Stypa we troje
My i jego cień
Mówiła ze na nasza starość
Smoking zmartwychwstanie
I pełen zdumienia
Po tylu latach niebytu
Poprowadzi nas
Do rokokowej sypialni
W hotelu
Przy canale grande
*
Ogród Botaniczny
W Szczecinie
Był nagrzany słońcem
Zdziczały ogród botaniczny
Zachowały się metalowe
Czarne tabliczki
Z nazwami roślin
Po niemiecku i po łacinie
Nie myślałem zupełnie
O tym
Że gdzieś dla kogoś
Ten ogród
Był pamięcią i wzruszeniem
Wtedy była
Moja kolej
Na czytanie i pisanie wierszy
Na wzruszenia marzenia i plany
Ogród był mój
Back
Back to Index |
|